W istocie zaś całe zjawisko sprowadzało się do kwestii politycznych i finansowych, zaś spory doktrynalne stanowiły wyłącznie dekorację. Widać to zresztą obecnie, gdy poszczególne wspólnoty protestantów powracają na łono Kościoła, uznając autorytet Magisterium, gdyż ich bunt stracił już sens polityczny sprzed kilku wieków (czyni tak m.in. wielu anglikanów).

Także w przypadku Polski Jagiellonów przyjmowanie przez wielu przedstawicieli szlachty oraz mieszczan reformowanych wyznań nie świadczyło najczęściej o jakichkolwiek głębszych przemyśleniach religijnych, lecz stanowiło wyraz opowiedzenia się po jednej ze stron politycznego konfliktu, który stanowił odbicie ówczesnego sporu między Habsburgami a Francją.

Zachwyty nad podziałami religijnymi XVI wieku są ponadto bardzo nie na miejscu, gdyż na dobrą sprawę doprowadziły ostatecznie do totalnego zeświecczenia Zachodu.
Problem z tolerancją dla innych narodów i kultur lub jej brakiem ma swoje źródła przede wszystkim w tym, iż rozmiary współczesnych państw są zdecydowanie zbyt wielkie. Człowiek jest istotą plemienną i wspólnotową, lecz nie jest w stanie żyć w realnej wspólnocie, którą tworzy 40, 100 czy 300 milionów osób.

Naturalnym środowiskiem funkcjonowania Homo sapiens są małe społeczności, których nikt nie powinien nigdy łączyć w ogromne, wielomilionowe aglomeraty. Małe społeczności są z natury rzeczy zawsze homogeniczne kulturowo i takie właśnie było pierwotne doświadczenie chrześcijańskiej Europy, którą tworzyły setki i tysiące ochrzczonych plemion.

Współczesność wcieliła jednak te skromne rozmiarami społeczności do ogromnych i wielonarodowych państw, w których poszczególne grupy toczą zawsze walkę o dominację. Co ciekawe, naturalną dążność do życia osobno wykazują wszystkie narody żyjące we współczesnych multikulturowych i multinarodowych państwach – wbrew wszelkim zabiegom polityków. Prawdziwej tolerancji i pokojowego współżycia nie można z zasady osiągnąć przy pomocy multikulturowych konglomeratów – to projekt czysto utopijny.