Janusz Korwin-Mikke fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Adrian Grycuk

Autor: Janusz Korwin-Mikke

W 1989 roku ówczesna postkomunistyczna władza była przekonana, że wygra zarządzone przez siebie wybory. Niektórzy zastanawiali się nawet, czy by ich trochę nie sfałszować na korzyść „Solidarności” – bo to tak głupio, by 8-milionowy związek uzyskał tak mało głosów…

Oczywiście śp. gen. Czesław Kiszczak wiedział, jak jest – ale ścisła grupa montująca imprezę pt. „Okrągły Stół” trzymała tę wiedzę dla siebie. Dlatego działacze junty i PZPR byli zaszokowani wynikiem wyborów. Przecież wszystkie sondaże…

Mniej więcej to samo odbywa się w prawie każdych wyborach. Właściciele sondażowni i sami ankieterzy powiązani są licznymi nićmi towarzyskimi – nie tylko z lewicowym establishmentem – i tak jakoś z tych sondaży wynika, że lewica wygra. A potem następuje rozczarowanie.

Wszyscy moi znajomi Amerykanie na informacje o sondażach machali tylko ręką i zapewniali, że p.Donald Trump wygra bez najmniejszych trudności. Podobnie i ja głosiłem urbi & orbi – choć w ostatnich trzech dniach, gdy WSZYSTKIE sondażownie (poza „LA Times”) pokazywały WZROST notowań p.Hilarii Clintonowej, i ja zacząłem panikować i rozsyłać rozmaite apele. A potem, gdy nadeszła wyborcza (dla nas) noc i zaczęły spływać wyniki szokująco korzystne dla p.Trumpa (jego zwolennicy, bardzo cięci na establishment, pierwsi polecieli do urn), odetchnąłem z ulgą.

P. Trump zresztą do końca – to znaczy do czasu, gdy doliczono wyniki głosowania listownego – prowadził różnicą ponad miliona głosów (co zresztą nie ma w USA decydującego znaczenia) – i zaczęło się to zmniejszać dopiero, gdy… wybory były już rozstrzygnięte.

Skąd taka różnica między głosami elektorskimi a głosami oddanymi? Stąd, że system amerykański jest degresywny – faworyzuje małe stany – a p.HRC bardzo wysoko wygrała, ale w Nowym Jorku i w Kalifornii.
Zwycięstwo p.Trumpa było dla rządzącej w Europie i Ameryce oligarchii kompletnym szokiem. IM w ogóle nie mieściło się w głowie, że „ktoś taki” może wygrać wybory. Ponieważ oglądają wyłącznie produkowaną przez siebie telewizję i czytają książki (na szczęście mało kto czyta już dziś książki – bo dzisiejsze książki nadają się wyłącznie do spalenia), są przekonani, że większość ludzi podziela narzucany im system wartości.
Informacja o tym, że p.Trump potrafi poklepać po pupie kobietę, powinna – ICH zdaniem – pogrążyć p.Trumpa w ogóle, a w oczach kobiet to już zupełnie. Tymczasem spośród białych kobiet 55%, zamiast solidaryzować się ze swoją gender, zagłosowało na p.Trumpa.

Jest to niesłychanie ważne zjawisko. Pokazuje, że ICH propaganda oddziaływa na motłoch – bo motłoch ogląda tylko telewizję. Tymczasem biali ludzie – czyli elita Ameryki – już wyzwolili się spod zaklęcia srebrnego ekranu i zaczęli myśleć.

Ale jest też druga grupa – „buraków”. Ci ludzie nie oglądają telewizji, tylko dyskutują z kolegami przy piwku, nie czytają książek – a jeśli byli w szkole, to wszystko szczęśliwie spłynęło po nich jak woda po kaczce. Dlatego zachowali resztki zdrowego rozsądku i wystarczyło, że p.Trump obiecał chronić ich przed inwazją imigrantów, by na niego zagłosowali.

I trzecia grupa – to niezależni przedsiębiorcy. Fakt: już bardzo wielu kapitalistów robi interesy głównie z państwem i z uwagi na uniwersyteckie wykształcenie ma wbitą w głowę poprawność polityczną. Jednak bardzo wielu (mniej niż za Reagana – powszechna edukacja czyni niestety postępy) czytało Ayn Rand i chce działać na wolnym rynku, a przynajmniej mieć mniejsze podatki.

Wytresowane w szkołach wykształciuchy poniosły kolosalną stratę gospodarczą. Słuchając alarmujących głosów swoich guru, wieszczących klęskę nieledwie kosmiczną, zaczęli wyprzedawać swoje akcje. Co najmniej kilkanaście miliardów dolarów przepłynęło w ten sposób z portfeli zwolenników i torebek zwolenniczek p.Clintonowej do kieszeni ludzi trzeźwo myślących. I bardzo słusznie. Rynek jest sprawiedliwy.

To samo zjawisko zachodzi i będzie zachodzić w polityce. Kto będzie podejmował nerwowe ruchy i ratował się przed nadciągającą katastrofą – ten straci. Kto nastawi żagle na nowy wiatr – ten wygra.
Ja, na szczęście, nie muszę przebrasowywać ożaglowania: byłem (bez entuzjazmu) pro-Trumpowski, byłem (bez entuzjazmu) pro-Putinowski, zachowywałem zdrowy rozsądek – i spokojnie czekałem, aż okaże się, że to nie ja, tylko reszta świata zwariowała. W Polsce w ogóle wszystko dzieje się powoli i miękko. Natomiast w reszcie świata wzbiera fala tsunami.

Oryginalny tytuł artykułu: Trumpizm – reorientacja