Czajkowice, dawny ząscianek. autor: Monika Lesiak

Dziś mało kto pamięta na Białorusi świat szlacheckich zaścianków. Znajdowały się one nie we wsiach, a w „okolicach”. Gdy ich mieszkańcy trafili na Sybir – bo praktycznie wszystkich ich wywieziono w latach 1940-1941 na wschód – „okolice” przestały istnieć. Żyją tylko we wspomnieniach tych, co przeżyli, i w rodzinnej tradycji. W jednej z nich, o nazwie Ustroń, urodziła się Stefania Dyluś, której zawdzięczamy tę opowieść.

Stefania Dyluś urodziła się 5 kwietnia 1919 roku. Zarówno w dowodzie osobistym, jak i dokumentach repatriacyjnych zapisano jej, że urodziła się 5 kwietnia 1923 roku. Została odmłodzona przez sowieckiego enkawudzistę w Kazachstanie. Gdy wysadzano ją z transportu na stacji Mamlutka i dzielono deportowanych na grupy nadające się do określonych prac, enkawudzista, który spojrzał na jej papiery, orzekł: Oni oszyblis! Przekreślił datę jej urodzenia i napisał 5 kwietnia 1923 roku, odmładzając ją o cztery lata.
Miała wtedy 21 lat, ale jej dziewczęcy wygląd zmylił enkawudzistę, który zrobił z niej 17-latkę.

Był pijany i uznał, że jest ona podrostkiem nie nadającym się do ciężkiej pracy przy wyrębie lasów. Dzięki niemu uniknęła ciężkiej pracy, przynajmniej na początku, ale do Polski wróciła z papierami stwierdzającymi, że jest o cztery lata młodsza – i tak już zostało. Pochodzi ona ze starej ziemiańskiej rodziny Tomaszewskich, osiadłej na Wilejszczyźnie koło Krzywicz i Budsławia od bardzo dawna. Nie ma żadnych dokumentów to potwierdzających, bo wszystko przepadło na Kresach.

Przywiozła ze sobą tylko złoty krzyżyk zaszyty gdzieś w ubraniach, przekazywany w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Zawsze matka przekazywała go córce, gdy ta wychodziła za mąż. Pani Stefania też przekazała go swojej córce Urszuli, gdy wyszła ona za mąż. Na tym krzyżyku jest data, kiedy go wykonano – to rok 1796. Od tego roku jest na pewno w jej rodzinie. Jej mama była ostatnią, która nosiła nazwisko Tomaszewska, bo wyszła za mąż spolonizowanego Łotysza, Alberta Tizenkopfa, polskiego patriotę.

Zginął za Polskę

W czasie I wojny światowej – jak wszyscy – został zmobilizowany do armii carskiej. Gdy odradzało się państwo polskie, wstąpił do Wojska Polskiego i brał udział w wojnie z bolszewikami, a później w budowie struktur państwa. Organizował na Wilejszczyźnie Policję Państwową, ale służył w niej krótko. Skierowano go z misją na Łotwę, w rejon Dyneburga, z której już nie wrócił. W niewyjaśnionych nigdy okolicznościach został zamordowany.

– Mama bardzo go kochała i nie chciała po raz drugi wychodzić za mąż – mówi Stefania Dyluś. – Ciągle się łudziła, że się odnajdzie, że wróci. Jak przystało na kresową dzielną kobietę, sama prowadziła majątek, co wymagało od niej dużo samozaparcia. W 1929 roku za namową rodziny wyszła po raz drugi za mąż – za rotmistrza Tomasza Pachnego, który służył w kawalerii w Budsławiu. Nie pochodził on z Kresów, ale z Bielska-Białej. Służył dalej w swojej jednostce i pomagał mamie w prowadzeniu gospodarstwa i wychowaniu mnie. Swoich dzieci ojczym z mamą już nie miał.

W 1936 roku został przeniesiony do rezerwy ze względu na kontuzję kręgosłupa. W prowadzeniu majątku pomagała mamie i ojczymowi także babcia Stefania, po której ja otrzymałam imię. Muszę zaznaczyć, że w wolnej Polsce był on już mocno okrojony i składał się ze 100 hektarów ziemi ornej, 5 hektarów sadu, około 200 hektarów lasu, dworku i zabudowań gospodarczych. Pierwotnie był on znacznie większy, ale na przestrzeni XIX wieku został mocno okrojony.

Najbardziej, co wiem z przekazów matki, po powstaniu styczniowym, kiedy to władze carskie bardzo mocno przycisnęły polskie ziemiaństwo, dążąc do jego zniszczenia i wyeliminowania z życia gospodarczego. Nasz dworek stał w tzw. okolicy, bo tak jeszcze w czasach szlacheckiej Rzeczypospolitej nazywały się miejsca, gdzie znajdowały się dwory. Okolica ta nazywała się Ustroń – chyba dlatego, że znajdowała się w ustronnym miejscu. W okolicy tej były tylko dwa majątki: nasz i takiego Niemca, który nazywał się Jegr. Jego majątek był znacznie większy. Liczył ponad tysiąc hektarów.

Najbliższą większą miejscowością leżącą koło Ustronia były Krzywicze. Do naszego dworku prowadziła piękna aleja lipowa. Sam dworek, jak większość tego typu obiektów na Kresach, był drewniany, wykonany z modrzewia na murowanej podmurówce. Jak pamiętam, nigdy nie żyliśmy wystawnie, ale na pewno powodziło się nam lepiej niż mieszkańcom okolicznych wsi. Moje dzieciństwo w ogóle wspominam jako sielskie-anielskie.