Chcieli go rozstrzelać

– Pewnego dnia zobaczyłem na drodze grupkę ludzi z karabinami – wspomina tamto wydarzenie pan Zygmunt. – Od razu zorientowałem się, że idą po ojca. Zawróciłem w stronę domu i rzuciłem się biegiem, żeby go ostrzec. Tamci to dostrzegli i też zaczęli biec za mną. Jak ojciec to zauważył, schronił się na strychu nad oborą.

Gdy Ukraińcy przybiegli za mną, zaczęli wrzeszczeć i szukać ojca. Matka usiłowała kryć ojca i mówić, że wyjechał i go nie ma. Ci jednak nie dali się zwieść. Przetrząsnęli wszystkie zabudowania i znaleźli ojca na strychu. Gdy zszedł na dół, od razu powiedzieli mu: idi pod stienku. Gdy to usłyszeliśmy razem z siostrą, rzuciliśmy się ojca ratować. Zasłoniliśmy ojca własnymi ciałami i zaczęliśmy krzyczeć: nie zabijajcie tatusia.

Oprawcy, wśród których był jeden żołnierz sowiecki i kilku miejscowych Ukraińców, wymierzyli w nas lufy karabinów i grozili, że jak nie odejdziemy od ojca, to nas też rozstrzelają. Matka, jak to zobaczyła, zemdlała. Jeden z Ukraińców zaczął ją nawet ratować. Pozostali rzucili się na nas. Udało im się oderwać mnie od ojca. Siostra tak mocno wczepiła się w ojca, że nie dali rady jej oderwać.

W trakcie szarpaniny ojciec z broniącą go siostrą przewrócili się na ziemię. Wtedy Ukraińcy zaczęli go kopać, bić kolbami i kłuć bagnetami. Siostra usiłowała go zasłaniać, ale też oberwała. W końcu udało im się ją oderwać od ojca. Kiedy ten był tak skatowany, że wydawało się, iż już nie żyje, wrzucili go na furmankę, którą nam zarekwirowali razem z końmi, i odjechali. Po drodze okazało się, że jeszcze oddycha. Wyrzucili go do rowu i pojechali. Udało nam się zmaltretowanego przynieść do domu. Kurował się przez kilka tygodni.

Gdy zaczął dochodzić do siebie, przyjechało do nas trzech enkawudzistów z rejonowego oddziału NKWD z Porycka. Byli grzeczni, można powiedzieć: kulturalni, nie krzyczeli, nie bili. Zaczęli nas spisywać. Na pierwszy ogień wzięli ojca. Interesowało ich, skąd przyjechał. Dlaczego dostał gospodarstwo na Wołyniu itp. Szczególnie interesowało ich, co ojciec robił w 1920 roku. Tata usiłował kręcić, bagatelizować swój udział w wojnie z bolszewikami, ale ci mieli o ojcu wszystkie informacje.

W gminnym archiwum wygrzebali, że ojciec za udział w niej był wielokrotnie odznaczony. Potem po kolei spisali wszystkich członków rodziny, a na końcu stan całego gospodarstwa. Przy tym ostatnim zadaniu cmokali z zachwytu, mówiąc do ojca: bogaty pan. Mama chciała ich poczęstować, ale grzecznie odmówili, tłumacząc, że nie mają czasu, muszą wykonywać bowiem swoje zadania. Od nas pojechali do pani Michaliszynowej, matki kapitana Mieczysława Michaliszyna, który w 1920 roku brał udział w bitwie warszawskiej, a wcześniej szedł na Kijów. Po ich wizycie nastąpił spokój.