Zabrano kilkanaście rodzin

Była to oczywiście cisza przed burzą. Syn pana Józefa, Zygmunt, musiał iść do szkoły sowieckiej w Sokalu. Pan Józef, wiedząc, że jest na cenzurowanym, nie chciał zadzierać z nowymi władzami. Wiedział też, że syn powinien się uczyć. Zygmunt zamieszkał na kwaterze razem z braćmi matki – Julianem i Feliksem Stankiewiczami. To uratowało go przed wywózką, którą Sowieci przeprowadzili 10 lutego.

– 10 lutego 1940 roku Feliks przyszedł do naszej kwatery i oświadczył, że był na rynku, gdzie usłyszał, że w nocy osadników wojskowych na Sybir wywieźli – wspomina Zygmunt Maguza. – Dla mnie był to grom z jasnego nieba. Z późniejszych relacji siostry wiem, że cała rzecz odbyła się tak: o trzeciej w nocy enkawudziści otoczyli nasze gospodarstwo i zaczęli walić w drzwi, krzycząc: otkroj dwieri.

Gdy ojciec otworzył, natychmiast został aresztowany i odłączony od reszty rodziny. Enkawudziści obawiali się, że ojciec ma broń, bo rzeczywiście miał i stawiał opór. Ojciec miał karabin, bo jako osadnik mógł mieć, posiadał też dubeltówkę. Broni tej nie trzymał oczywiście pod ręką, ale starannie ukrył, by nie wpadła w łapy sowieckie.

Mama, gdy usłyszała, że mają zostać wywiezieni, oświadczyła, że ona nigdzie nie pojedzie i odmawia pakowania rzeczy. Siadła na krześle i znieruchomiała. Nie pakowała żadnych rzeczy, tylko siedziała. Dowodzący enkawudzistami oficer krzyczał na nią, żeby nie marnowała czasu, bo za pół godziny ich zabiorą i to, co wezmą, to będą mieli. Matka nie reagowała. Wtedy siostra wyjęła z szafy prześcieradła, rozłożyła na podłodze i zaczęła pakować jakieś ciepłe rzeczy i nosić na sanie. Wzięła też kaszę, mąkę, słoninę, wszystko, co miała pod ręką.

Za dużo tego nie wzięła, bo sanie (typowe ukraińskie) były małe. Na końcu siostra złapała główkę od maszyny Singera, która się później bardzo przydała. Po pół godzinie ojca, matkę i siostrę przywieziono do domu osadnika, inż. Mieczysława Kamińskiego, gdzie zbierano wszystkich przeznaczonych do wywózki. W sumie zabrano z wioski kilkanaście rodzin, m.in. Wójcickich, Skoczylasów, Kamińskich, Żydaków, Kalinowskich. Większość z nich składała się tylko z kobiet i dzieci. Mężczyźni ukrywali się. Ukraińcy chcieli ich bowiem zabić.
Na Adama Skoczylasa, także „krakusa”, jak mój ojciec, polowali już w 1939 roku. Zaczął się więc najpierw ukrywać u rodziny w Smołowej, a później przedostał się za Bug i przeżył wojnę.

Osadników z Hrynowa wywieziono do obwodu archangielskiego, gdzie pracowali przy wyrębie lasu. Osadzono ich pod strażą w tzw. trud-pasiołku Tryrazjezd Iwaksza w rejonie niandomskim. Ścinali sosny i przygotowywali drewno na podkłady kolejowe.