Była to ciężka praca. Najbardziej wszystkim doskwierał jednak głód. Słabsi nie wytrzymywali tych warunków i marli jak muchy. Pierwsza zmarła rodzina Kalinowskich. Najpierw dzieci pochowały rodziców, a później dzieci dzieci.

Do głodu dochodziło jeszcze okrucieństwo enkawudzistów. Komendant tego trud-pasiołka, nazywający się Kurnikow, już na pierwszej odprawie zapowiedział: wsie zdies’ podochnietie, polskije sobaki. – Ze szczególną niechęcią odnosił się on do pani Michaliszynowej za to, że była matka polskiego oficera! Nie mogąc dopaść kapitana Michaliszyna, mścili się na jego matce, która była bezbronną staruszką. Deportowanych, którzy sprawiali im jakiekolwiek kłopoty, enkawudziści aresztowali i odsyłali ich do więzień.

Pierwszy został aresztowany niejaki Derfel, który następnie po układzie Sikorski-Majski trafił do armii Andersa i walczył pod Monte Cassino. Aresztowano też żonę Józefa Maguzy, bo ośmieliła się poskarżyć, że żyją w nieludzkich warunkach. Gdyby nie wspomniany układ Sikorski-Majski, wszyscy by zginęli. Po jego zawarciu komendant Kurnikow zebrał wszystkich, którzy jeszcze nie podochli, i oświadczył, że są swobodni i mogą jechać na południe, gdzie jest cieplej.

Nie był to jednak koniec kłopotów. Ojciec Zygmunta Maguzy nie wierzył, że przeżyje, i oddawał swoją porcje gliniastego chleba córce, uważając, że ma największe szanse na zachowanie życia. Gdy jechali na południe, do Kazachstanu, był już ciężko chory i spuchnięty z głodu.

Chciała ojca pochować

– Gdy pociąg dotarł na kazachskie stepy, ludzie jadący w wagonie towarowym uznali, że ojciec nie żyje, i na postoju wyrzucili go do rowu – mówi Zygmunt Maguza, znający to wszystko z rodzinnych przekazów. – Moja siostra wyskoczyła za nim, krzycząc, że musi ojca pochować. Za nią wyskoczyła mama. Pociąg zaś nie czekając, pojechał. Mama z siostrą znalazły jakąś taczkę, ułożyły na niej ojca i za radą napotkanych ludzi pchali przez 12 kilometrów do większej miejscowości, w której był punkt sanitarny.

Tam dzięki Bogu znalazły jakiegoś uczciwego lekarza, który zaczął ojca ratować. Leczył go przez kilka miesięcy. Mama znalazła zaś pracę w kołchozie odległym o 60 kilometrów od tej miejscowości. Jeżeli chciała się dowiedzieć, czy ojciec żyje, musiała iść piechotą te 60 kilometrów. W obie strony 120 kilometrów. Jak dawała radę, trudno mi to sobie wyobrazić…