Jego zachodni zwolennicy uznali to za przejaw miłości do Żydów u Wielkiego Wodza. Był to jednak przejaw pragmatyzmu. Antysemityzm w rasistowski sposób redukował walkę klas do Żydów. Według tego dialektycznego schematu, „Żyd” był jednocześnie „kapitalistą”, który rzekomo wyzyskiwał klasę robotniczą, oraz „komunistą”, który ją oszukiwał, bowiem szczuł na chrześcijańskich posiadaczy i podbechtywał do rewolucji, która miała obalić chrześcijański ład świata. Celem było rzekomo przejęcie władzy nad światem przez Żydów.

Stalin strasznie bał się takiej narracji. Zdobywała ona bowiem popularność wszędzie w Europie, szczególnie w Niemczech, oraz w wielu innych miejscach na świecie. Tym sposobem narodowosocjalistyczna walka ras ideologicznie konkurowała z marksizmem. Stąd Kreml dawał antysemityzmowi odpór. Stąd umizgiwanie się do międzynarodowej społeczności żydowskiej. Pojawiła się po prostu wspólnota interesów. Żydzi bali się antysemityzmu jako egzystencjalnego zagrożenia ich cywilizacji. Stalin lękał się antysemitów jako konkurencji do rewolucyjnego rządu dusz, a w końcu jako siły, która może rozwalić komunizm i zgładzić Związek Sowiecki. Jasne jest, że linia polityczna Stalina nie miała nic wspólnego z filosemityzmem.

Podobnie podczas II wojny światowej – Stalin najpierw stonował, a nawet w dużym stopniu wyeliminował filosemityzm jako czynnik swojej polityki wewnętrznej i zagranicznej po pakcie Ribbentrop-Molotow. Dopiero po ataku III Rzeszy na ZSSR w czerwcu 1941 roku Stalin ponownie zaczął lać krokodyle łzy i pochylać się nad nieszczęściem narodu żydowskiego. To była standardowa komunistyczna hipokryzja. Niestety wielu zachodnich lewicowców, liberałów i przedstawicieli ludności żydowskiej przyjęło to za dobrą monetę. Ale nagły zwrot Kremla miał służyć tylko i wyłącznie interesom Moskwy. Wszystko inne było wtórne, chociaż naturalnie Sowieci doceniali prostalinowski entuzjazm wywołany przez stalinowski pseudofilosemityzm na Zachodzie.