Kongijska rodzina fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Francis Hannaway

Ludziska gadają, że Polska to Afryka. Chyba nie byli w Kongu. Demokratyczna Republika Konga (DRK) jest laboratorium konfliktu, ludobójstwa i kleptokracji. Kapitalizm tamtejszy nie tworzy patologicznych warunków, ale dostosowuje się do nich, aby prosperować. Ma się więc wręcz w nich świetnie. Wzmacnia zjadliwość przypadłości toczących tamtejsze społeczeństwo.

Kongo (poprzednio Zair, a wcześniej Kongo Belgijskie) to frankofoński konglomerat około 200 plemion z 700 narzeczami. Szczepy na obrzeżach państwa rozlewają się na kraje ościenne, gdzie mają współplemieńców, którzy w drugiej połowie XIX wieku kaprysem kolonialistycznego ołówka zostali odcięci od swoich sztucznymi granicami. Podziały te w dużym stopniu utrzymano w postkolonializmie.
Oprócz wytworzenia sztucznej geopolityki, przerwano też naturalną ewolucję ze szczebla plemion do narodów poprzez wykreowanie sztucznych państw. Odzwierciedlają one zmieniające się jak w kalejdoskopie koterie plemienne, które rzadko myślą w kategoriach narodowych czy obywatelskich, a zajmują się głównie kleptokratyczymi roszadami, aby utrzymać się u władzy.

Kongo zapewne najpełniej ogniskuje w sobie patologie drążące większość krajów afrykańskich. Jest także wyjątkowe ze względu na różnorodność ludów, wielkość obszaru państwa oraz bogactwa naturalne, zwane często „przekleństwem zasobów” (resource curse). Centralizatorska kontrola nad państwem zwykle oznacza kontrolę nad minerałami. Ale nie zawsze. Gdy grupa trzymająca władzę jest zbyt słaba, aby chwycić za gardło całość kraju, albo gdy następuje implozja rządu, na prowincji pojawiają się watażkowie (war lords), którzy albo aspirują do rządów centralnych, albo chcą „tylko” trzymać w garści swoje okolice.

Tacy pretendenci niemal zawsze zdobywają tereny z minerałami czy wręcz już istniejące ich kopalnie bądź ich magazyny lub zakłady przetwórcze. Z funduszy uzyskanych ze sprzedaży minerałów finansują sobie wojnę. A gdy nadchodzi „pokój”, albo prywatyzują się, albo stają się państwową biurokracją zarządzającą tymi dobrami – jako warunek zakończenia anarchii.

Taki scenariusz powtarza się niezmiennie od 1960 roku, gdy Kongo uzyskało niepodległość. Wtedy premierem został prosowiecki Patrice Lumumba, a prezydentem Joseph Kasa Vubu. Wnet się pokłócili, a sytuację zaostrzyła secesja w opływającej mineralnym bogactwem Katandze, gdzie dominował prozachodni Moïse Czombe. Jednak wszystkich krwawo wymanewrował generał Mobutu Sese Seko, który rządził dyktatorsko przez ponad 30 lat. W 1997 roku obalił go ukrywający się przez ponad ćwierć wieku w dżungli maoista i guevarysta Laurent-Désiré Kabila z katangijskiego plemienia Luba. Zginął on jednak z ręki zamachowca w 2001 roku. Władzę przejął syn prezydenta, Joseph Kabila, i dzierży ją do dziś.

Père et fils Kabilowie sukces zawdzięczają sojuszowi taktycznemu z Tutsimi z Ruandy i Ugandy. Tamtejsi władcy sprzymierzyli się z Kabilami, aby zmiażdżyć Hutu. Tubylczy Hutu zamieszkują kongijską prowincję Kiwu (dawniej Stanleyville, gdzie prawo i sprawiedliwość przywracał w krwawych bojach z czerwonymi nasz wielki rodak Rafał Gan-Ganowicz w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia). Hutu sąsiadują tutaj m.in. z Tutsi tubylczymi (Baniamulenge) oraz napływowymi, którzy w dużej części uciekli przed pogromami z Ruandy jeszcze w latach sześćdziesiątych, choć niektórzy dobili tam trzydzieści lat później ze względu na masowe ludobójstwo w Ruandzie.

Również w połowie lat dziewięćdziesiątych kongijscy Hutu (Abahutu) przyjęli do siebie całe fale uchodźców Hutu z Ruandy. Część z nich to masowi mordercy, tzw. génocidaires, czyli przedstawiciele władzy, którzy wymordowali ponad 800 tys. Tutsich. Ale większość to zwykli Hutu, którzy uciekli przed zemstą Tutsich do Konga. Génocidaires utworzyli z uchodźców nowe armie i milicje Hutu, w dużym stopniu zdecentralizowane, oparte na klanach i watażkach.