Muzułmański chlopiec. fot. PAP/EPA autor Mohammed Saber

Autor: Marek Jan Chodakiewicz

Dzieciaki w szeregach muzułmańskich formacji zbrojnych to nic nowego. Usprawiedliwia się to sankcją religijną oraz potrzebami wojny. Wynika to też z kultury plemiennej, promującej sport, łowy i wojnę. Właściwie bez żadnych formalnych ograniczeń wiekowych (https://shariaunveiled.wordpress.com/background-image/children-of-jihad).

Dzieciaki, szczególnie chłopcy, na wojnie to pewna norma. W cywilizacji zachodniej zwykle oszczędza się jednak dzieciom wojennego szału, o ile można. Dzieciaki wchodzą w grę zwykle wtedy, gdy nie ma wyjścia, gdy wszystko się wali. W przednowoczesności były to wyjątki. Przede wszystkim bowiem masowa obecność nieletnich w szeregach walczących dotyczy doby polityki masowej. Totalna mobilizacja wymaga, aby w wysiłku wojennym uczestniczyły też i dzieci. W totalitaryzmie państwo mobilizuje przecież do wojny od kołyski do grobu. Stąd sowieccy pionierzy w tzw. Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, a członkowie Hitlerjugend w Volkssturmie, tak jak np. przyszły papież Benedykt XVI.

W Polsce udział dzieci w rozmaitych konspiracjach i wojnach jest usankcjonowany potrzebą narodową, a małoletni garnęli się do walki ochotniczo. Wystarczy wspomnieć o legendzie Powstania Warszawskiego. Nikt nie musiał ich totalitarnie mobilizować do Polskiej Organizacji Wojskowej, Szarych Szeregów czy Hufców Polskich. Ale zawsze były debaty na temat moralności i zasadności tworzenia struktur dla osób niepełnoletnich i umożliwiania im działania w podziemiu czy walki z bronią w ręku. Argument był taki, że dzieci trzeba oszczędzać. Nie można wprowadzać ich do świata przemocy, aby się nie zdegenerowały na całe życie. Muszą żyć dla Polski, bo są za mali, aby dla niej umierać. Takie spojrzenie wynika z podejścia chrześcijańskiego i narodowego.

W innych cywilizacjach jest inaczej. Opowiadała mi nasza japońska powinowata, Kimiye Morikawa, że gdy była dzieckiem, bodaj w trzeciej klasie podstawówki, uzbrojono ją i jej koleżanki w bambusowe włócznie i przysposabiano do walki wręcz. Dzieciaki miały być ostatnią linią obrony w genialnej strategii wojennej Kraju Kwitnącej Wiśni. Japoński sztab chciał wciągnąć inwazyjne wojska amerykańskie w głąb Wysp Japońskich i tutaj najeźdźców totalnie eksterminować. Był rok 1945.

Współcześnie żołnierzyki-dzieciaki funkcjonują w Trzecim Świecie, głównie w Afryce. Tam rekrutuje się ich, zwykle siłą, bowiem są najtańsze i wymagają najmniejszego nakładu funduszy i środków oraz są łatwo sterowane. Bezdomne sieroty wśród dzieci wręcz szukają grup zbrojnych, aby znaleźć wśród nich schronienie. W latach dziewięćdziesiątych były obecne w tzw. wojnach diamentowych. Na przykład w Liberii wykorzystywał dzieci Charles Taylor.

Często porywał, wymuszał na nich zamordowanie rodziców maczetami, a potem dawał narkotyki i wysyłał do szarży ludzką falę. W tzw. wojnach w buszu w środkowej Afryce dzieciaki obu płci porywano na tragarzy, żołnierzy i niewolników seksualnych. Do dziś wyzyskuje tak małoletnich samonamaszczony mesjasz, Joseph Kony, dowódca Lord’s Resistance Army na pograniczu Ugandy i Konga (zob. Roméo Dallaire, „They Fight Like Soldiers, They Die Like Children: The Global Quest to Eradicate the Use of Child Soldiers” – Random House, New York, 2010).

W tym kontekście zajmiemy się żołnierzykami kalifatystów w Iraku i Afganistanie. Walczą oni głównie dla religii i honoru. Stąd dżihad. Najpierw jednak rozważmy koncepcje dzieciństwa w tych kulturach. Na Zachodzie maksymalizacja dzieciństwa idzie w parze z infantylizacją dorosłych, w tym i defeminizacją osobników rodzaju żeńskiego. Doktryna egalitaryzmu wymaga rozmycia wszelkich różnic, w tym płciowych i wiekowych. A socjalistyczne państwo opiekuńcze infantylizuje obywateli. Libertyńska dyktatura przyjemności dyktuje, że należy w nieskończoność przedłużać przyjemność, czyli również odrzucać jakiekolwiek obowiązki wynikające z wieku dorosłego.

Formalnie jednak na Zachodzie, w tym w Polsce, rozróżniamy trzy okresy rozwoju człowieka: dzieciństwo (childhood), wiek dojrzewania (adolescence) oraz dorosłość (adulthood). W Trzecim Świecie, w tym w universum islamskim, nic takiego nie ma. Z dzieciństwa przechodzi się natychmiast w dorosłość. W Afganistanie na przykład chłopiec czy dziewczynka stają się dorosłe w wieku mniej więcej sześciu lat. Może to się też stać wcześniej. Gdy pięcioletni chłopczyk po raz pierwszy zacznie się posługiwać bronią, uznaje się go za dorosłego. I za wojownika.