Powstanie Listopadowe fot. domena publiczna autor: Wojciech Kossak

Autor: Adam Wielomski

Jak należało się spodziewać, kolejna rocznica wybuchu Powstania Styczniowego z 1863 roku przyniosła nowe zachwyty na „czynem” powstańczym. Kolejny też raz przedstawiano nam powstańców z 1863 roku jako wzór do naśladowania. Skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko skreślić kilka słów na temat patriotyzmu „prawdziwego” i „fałszywego”.

Przyznam, że nigdy nie definiowałem się jako „patriota”. Wynika to z moich zainteresowań historią francuskiej myśli politycznej i faktem, że termin „patriota” i „patrioci” nad Sekwaną i Loarą upowszechnili francuscy rewolucjoniści, utożsamiając ze sobą terminy „patriota” i „rewolucjonista”.

Dlatego gdy tylko słyszę o „patriotach” i „patriotyzmie”, to oczami wyobraźni widzę paryską sankiuloterię wyjącą z radości na widok turlającej się głowy Ludwika XVI, a działającą z podniety i inspiracji lożowych kolegów z Wielkiego Wschodu. Nie, niestety, nie potrafię czuć się „patriotą”.

Skojarzenie z jakobinami jest nazbyt silne. My, konserwatyści, nie jesteśmy żadnymi „patriotami”, lecz państwowcami, bowiem gdy słyszymy „państwo”, to w tyle głowy pobrzmiewa nam fraza św. Pawła, że „wszelka władza pochodzi od Boga” (a nie od ludu). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przeciętnemu Polakowi patriotyzm nie kojarzy się z rewolucją francuską, lecz z uczuciem wobec własnej ojczyzny. Mimo to nie potrafię…

Załóżmy jednak, że siłą rozumu przemógłbym się i samozdefiniowałbym się jako „patriota”. No i tutaj wyrasta mi nowy problem. Jeśli ujmuję patriotyzm jako silny afekt do mojej własnej ojczyzny, to szybko dochodzę do wniosku, że 90% Polaków – historycznych, jak i obecnych – uważających się za „patriotów” jest wrogami własnej ojczyzny.

Nie neguję, że subiektywnie wydaje im się, iż ją kochają. Nie neguję, że są zdolni dla niej często poświęcić wiele, czasem wszystko, włącznie z własnym życiem. Problem tylko w tym, że subiektywne poczucie polskiego „patriotyzmu” idzie w parze z obiektywnym szkodzeniem Polsce w najstraszliwszy możliwy sposób.

Weźmy takiego powstańca z 1830 roku, jednego z owych podchorążych, co to powyrzynali najlepszych polskich generałów w Noc Listopadową, bowiem ci nie chcieli mieć nic wspólnego z ich infantylną insurekcyjną eskapadą; co to chcieli zabić wielkiego księcia Konstantego, mimo że był to największy i najbardziej wpływowy sojusznik sprawy polskiej w całej Rosji.

Subiektywnie ludzie ci czuli się bez wątpienia patriotami, ale obiektywnie dla Polski lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie narodzili i żeby polska ziemia ich nigdy nie wykarmiła.

W październiku 1830 roku mieliśmy własne państwo – małe, ale własne, połączone z Rosją unią personalną. Mieliśmy własnego polskiego króla, zarazem będącego cesarzem Rosji. Mieliśmy własny Sejm, administrację i wojsko. I co ci podchorążowie-patrioci zrobili? Aby bronić jakiejś tam Belgii, działając na zlecenie europejskiego wolnomularstwa, zniszczyli nasze Królestwo Polskie.

Przez ich patriotyczny wybryk utraciliśmy unię personalną z Rosją, staczając się do rangi obszaru autonomicznego w Rosji. Straciliśmy polski Sejm, polską armię, polską administrację. Z powodu patriotycznego amoku kilku dziecinnych rewolucjonistów straciliśmy PAŃSTWO!

Na początku lat sześćdziesiątych, dzięki mądrości margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, zaczęliśmy wypełniać treścią naszą autonomię, odzyskaliśmy szkoły, spolszczyliśmy administrację.

I gdy otworzyły się perspektywy odrobienia choć częściowo strat popowstaniowych, spadła na nas plaga kolejnych „patriotów”, którzy wespół z karbonariuszami – wymachując sztandarami polskości – zniszczyli dosłownie wszystko, prowokując jakieś kolejne idiotyczne powstanie bez szans zwycięstwa.

Zaczęli je „czerwoni” rewolucjoniści, a polska szlachta, czyli stronnictwo „białych”, zamiast dać mu wygasnąć, umrzeć jako ruchawce przeciwko brance, wsparła je, czyniąc poważnym zbrojnym czynem, o którym każdy z biorących w nim udział „biały” wiedział, że jest absolutnym nonsensem z militarnego punktu widzenia. I wskutek wyczynów naszych „patriotów” straciliśmy autonomię, przyszła rusyfikacja i było po marzeniach.

Podobna historia powtarza się za każdym razem, gdy prawdziwi i autentyczni polscy patrioci coś zbudują, stworzą, zasiedlą, odzyskają, skonstruują. Wtedy przychodzi „patriota” z egzaltacją w sercu i z Polską na ustach, który doprowadzi wszystko, co ten pierwszy zbudował, do ruiny, do klęski. Będzie krzyczał „czyn, czyn, czyn”, nie szanując pracy innych.

A gdy nad mogiłami beznadziejnie głupio poległych zbiorą się zapłakane matki, owdowiałe żony i dzieci bez ojców, wtenczas tenże „patriota” rzuci im triumfalne hasło Gloria victis! Hasło, które nie zwróci życia pomordowanym i bezsensownie poległym, nie zwróci spalonych domów. I to ma być „patriotyzm”? To są polscy „patrioci”?

Napiszę brutalnie: w polskiej historii ostatnich 200 lat nikt nie zadał realnej polskości tyle strat, ile zadali jej polscy „patrioci”. Nikt nie szafował polską krwią jak polscy rzekomi „patrioci”. A im kto bardziej doskonały w swoim „patriotyzmie”, tym więcej wzniecił bezsensownych powstań i tym za większą ilość odpowiada Polaków, którzy zginęli lub skończyli życie na Syberii lub w kazamatach.

Najwięksi „patrioci” byli rzeźnikami Narodu polskiego. Równie paradoksalne jest to, że ci, którym zarzucano brak „patriotyzmu”, byli tymi, którzy dla Polski, Polaków i polskości zrobili najwięcej. To ci, którzy dbali o poziom cywilizacyjny i religijny narodu, o jego potencjał ekonomiczny, o polskie szkoły i język polski w urzędach.

Dla ekstremistów politycznych patriotami jednak nigdy nie byli, bowiem nie chcieli rzucać cywilów zbrojnych w kosy na kartacze i karabiny maszynowe. Chcieli budować Polskę, tworzyć ją, udoskonalać. Byli zatem szarzy, przyziemni i nie żyli wielkimi ideami. Budowali Polskę rzeczywistą, a nie urojoną. Twierdzili, że „dla Polski można wiele zrobić, ale z Polakami nigdy”!

Panie Boże, chroń nas od polskich „patriotów”. Z wrogami zewnętrznymi poradzimy sobie sami.