Historyk, prof. Aleksander Krawczuk ostatni minister kultury rządu PRL fot. Wikipedia CCA 0.0 autor: Ladislav Luppa

Jaka była podstawowa predyspozycja polskiego naukowca do odkryć i tytułów przed rokiem 1989? Oczywiście przynależność do PZPR. Tak, owszem, można się było prześlizgnąć i bokiem, ale to była ścieżka dla wytrwałych i wyjątkowych. Tak, owszem, zdarzali się naukowcy-członkowie PZPR na niezłym albo nawet bardzo wysokim poziomie. Ale generalnie obowiązywała zasada zawarta w pierwszym zdaniu.

Jak łatwo się domyślić, w efekcie mieliśmy naukę niewiele mającą wspólnego z nauką, ale za to wiele z posłuszeństwem wobec komunistycznej władzy. Co się zmieniło po upadku komuny? Otóż to, że pezetpeerowscy „naukowcy” uwłaszczyli się na polskiej nauce – i to pod pretekstem… autonomii szkolnictwa wyższego. Tak, tym kanaliom przyznano immunitet, żeby polityka nie ingerowała w ich „badania”. Trzeba przyznać, że świetnie to wykorzystali.

Zbudowali sobie barykady z etatów, rad „naukowych”, powiązań, a wszystko to zostało osadzone na pieniądzach podatnika, w które praktycznie nie mógł on w żaden sposób ingerować. Gdy weszliśmy do UE, to dopiero orgia rozkręciła się na całego. Zaczęły powstawać europeistyki, gendery, holokausty i cała reszta lewackich bzdur, którym przy pomocy uczelni nadano pozory akademickości – oczywiście za pieniądze Bogu ducha winnych podatników tym razem w postaci „unijnych dopłat”. Cóż to za wspaniałe dyscypliny! Przecież na ich użytek można napisać dowolną bzdurę. Marksizm-leninizm został zastąpiony przez uniomarksizm-lesbianizm.

Postpezetperowscy „naukowcy” pieczołowicie tworzyli także swoje klony. Ścieżki awansu były dwie: albo nepotyzm, albo odpowiednia doza akademickiej lewackości. Idealna ścieżka rozwoju naukowego to oczywiście połączenie tych dwóch elementów. Zaraz, zaraz. Przecież są i „normalni” naukowcy – mógłby ktoś powiedzieć. To prawda. Ale to tylko kwiatki do kożucha. I jest ich niemal dokładnie tyle samo co tych, którzy przez 1989 roku nie byli w PZPR. W dodatku część z nich robi za pożytecznych idiotów.

Jakie są tego efekty? Otóż takie, że prawdziwa nauka jest w Polsce poza ścisłą akademią. Sam się o tym przekonałem, wyjaśniając sprawę operacji antypolskiej NKWD, która akademickich historyków, z nielicznymi wyjątkami, po prostu nie interesowała. A żadna z powołanych do tego instytucji nie chciała moich badań wesprzeć… A kto jest w akademii? Lewaccy hunwejbini, którzy walczą z wolnością słowa, jak ci docenci z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy chcieli zablokować wystąpienie Rafała Ziemkiewicza na krakowskich targach książki.

Teraz PiS szykuje reformę szkolnictwa wyższego, która sprowadza się do większego otwarcia instytucji naukowych na PiS-owskich naukowców. Ale nie o to przecież chodzi. W ten sposób nie wyrwie się polskich uczelni z rąk hochsztaplerów i lewaków. Żeby uzdrowić polską naukę, trzeba całkowicie zdemolować ten lewacki grajdół okupujący uniwersytety. A zrobić to można tylko poprzez natychmiastową ich prywatyzację i wprowadzenie bonu akademickiego, powodującego, że 100 proc. pieniędzy będzie szło za studentem. Zmiana sposobu finansowania to jedyna droga, by wreszcie uwolnić Polskę od komuno-akademickiej hydry. Trzeba zabrać naukowej postkomunie i jej klonom uniwersyteckie pałace i przywileje. Bo one przecież nigdy się jej nie należały i dziś jej się nie należą.