B. prezydent Lech Wałęsa fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Anthony Baradier

Potwierdzenie agenturalności Lecha Wałęsy dowodzi że po 1989 roku w Polsce karierę robili tylko ci, na których były kompromitujące materiały

Grafolodzy potwierdzili: Lech Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Wałęsa był tylko pionkiem w wielkiej grze. O tym, że był kapusiem, wiedzieli praktycznie wszyscy. Salon broniąc jego, bronił innych. Uważano nie bez podstaw, że uratowanie Wałęsy pozwoli innym żyć w kłamstwie. Dość dobrze oddają to słowa Wałęsy, który dał do zrozumienia, że jak będą znów właściwe sądy, to on się ze wszystkimi policzy.

Osobną kwestią jest to, czy Wałęsa nie powinien odpowiadać za okłamywanie przez ćwierć wieku sądów twierdzeniem, że nie był agentem. Zapewne nawet Prawu i Sprawiedliwości „zabraknie jaj”, aby wyciągnąć wobec niego konsekwencje. A szkoda.

Potrzeba było 27 lat,

aby w Polsce podjęto próbę faktycznego ograniczenia przywilejów emerytalnych ludziom, którzy stali na straży komunistycznej władzy. Przez ponad ćwierć wieku nikt nie widział nic niemoralnego w tym, że kolesie zarabiający na życie zastraszaniem i znęcaniem się nad ludźmi (zarówno fizycznym, jak i psychicznym) pobierają od państwa wysokie emerytury za tę działalność.

Znamienne było to, że zbrodniarze odpowiadający bezpośrednio za śmierć setek ludzi (zarówno tych zabitych oficjalnie przez władzę ludową, jak i ofiar „nieznanych sprawców”), tacy jak Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak, spokojnie dożyli swoich dni na wolności. Ten pierwszy, będący krwawym dyktatorem, ostatnim obrońcą sowieckich i rosyjskich wpływów w Polsce, doczekał się za rządów PO w 2014 roku nawet państwowego pogrzebu.

Dlaczego? Ano dlatego, że przezorni właściciele PRL-u, oddając władzę, zostawili sobie „haki” (kompromitujące papiery) na wpływowe elity mające budować III RP. Chodziło nie tylko o polityków, ale także o sędziów, prokuratorów, dziennikarzy, urzędników.