W efekcie powstał patologiczny system, w którym warunkiem otrzymania decyzyjnego stanowiska czy to w urzędzie, czy w spółce skarbu państwa było bycie osobą skompromitowaną. Niestety, „zahakowani” w PRL-u powielali patologię, wspierając kariery tych, których można było kontrolować świeższymi „hakami”, już z III RP. W efekcie powstała „Rzeczpospolita hakowa” – państwo, w którym przepustką do kariery były kompromitujące zdarzenia z przeszłości, znane odpowiednim decydentom.

Jak to działa w praktyce? Gdy w 2005 roku PiS utworzyło swój pierwszy rząd, szefami najważniejszych spółek kontrolowanych przez państwo byli wówczas: agent kontrwywiadu służby bezpieczeństwa, zatrudniony w Agencji Wywiadu na niejawnym etacie; oficer Wojskowych Służb Informacyjnych z 16-letnim stażem, pochodzący z rodziny resortowej („wychował” się na kolanach u Józefa Oleksego); wreszcie agent Agencji Wywiadu, przyłapany na korupcji.

Pierwszy utrzymał się na swoim stanowisku ponad dziewięć miesięcy, drugi ponad 15 miesięcy, a trzeci bez większych problemów przeżył rządy PiS, chociaż podczas ich trwania z zarządzanych przez niego firm wyprowadzono do spółek z rajów podatkowych kilkadziesiąt milionów dolarów.

W PRL-u żartowano, że aby zrobić karierę w literaturze, trzeba było wydać jedną książkę i dwóch kolegów. W III RP biletem do kariery była kompromitująca przeszłość, znana i udokumentowana przez właściwe osoby.

Polisy w szafach

Generałowie Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski nie byli ludźmi honoru, mężami stanu postawionymi przez historyczny przypadek po niewłaściwej stronie barykady. Dyktatura komunistycznych aparatczyków z zimną krwią mordowała i niszczyła tych, którzy chcieli niepodległości, i ich bliskich. Niektórych dlatego, że stanowili zagrożenie dla władzy dogadującej się z częścią opozycji. A innych po to, żeby siać terror.

Powołana 17 sierpnia 1989 roku sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW (tzw. komisja Jana Rokity) potwierdziła, że za 88 podejrzanymi zgonami opozycjonistów stała komunistyczna bezpieka. A faktycznie ofiar było zapewne kilkaset. A mówimy tylko o najbardziej drastycznych przypadkach. W tle jest przecież szantażowanie ludzi i zmuszanie ich do współpracy z komunistyczną tajną policją. Łamanie kręgosłupów, wyrzucanie z pracy itp. A jednak sprawców tych podłości i przestępstw (nawet w myśl PRL-owskiego prawa!) nie spotkała żadna kara, bo odpowiednio się zabezpieczyli.