Szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Główny organizator holokaustu Reinhard Heydrich fot. Wikipedia 3.0

Autor: Krzysztof M. Mazur

Dokładnie wiek temu, bo w 1916 roku, po raz pierwszy wprowadzono urzędową zmianę czasu. Zarządzenie takie wydał rząd niemiecki, który po dwóch latach prowadzenia działań wojennych zaczynał sięgać po różne rozwiązania mające zwiększyć wydajność gospodarki, przestawionej na potrzeby zaopatrzenia frontu. Wojna na wyniszczenie spowodowała, że zasobem stało się także światło dzienne, a pozorne wydłużenie dnia miało sprzyjać dłuższej dniówce i zaoszczędzeniu energii.

Wojna na wyniszczenie nie była wynalazkiem XX-wiecznym, choć wcześniej też prowadzono batalie, w których strategią było nakłonienie przeciwnika do kapitulacji za pomocą metod na wyniszczenie. Jednakże dopiero udział milionowych mas ludzkich w działaniach wojennych oraz zastosowanie nowoczesnych broni uświadomiło ludziom, co faktycznie może oznaczać wojna totalna. Skutkiem tego wyniszczenia był sukces tzw. rewolucji październikowej w Rosji, której kolejna, 99 rocznica przypada 6 listopada. Nieco dalszym skutkiem była m.in. wygrana NSDAP w przyspieszonych wyborach w Niemczech w 1932 roku, które odbyły się również 6 listopada.

W Polsce ostatnie wybory przed wybuchem wojny odbyły się także 6 listopada – w 1938 roku – i zapewniły one jedynowładztwo ekipie sanacyjnej, której nieudolne rządy zakończył kilka miesięcy później niemiecki napad na Polskę rozpoczynający gehennę narodu pod okupacją hitlerowców i sowieciarzy. Dokładnie rok po tym sanacyjnym parlamentarnym sukcesie, 6 listopada 1939 roku, Niemcy zaczęli aresztować w Krakowie polskich profesorów i wywozić ich do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. W przywoływaniu tych dat nie chodzi o jakąś sztuczną polityczno-historyczną numerologię, a jedynie o pokazanie pod tym pretekstem pewnego ciągu zależności pomiędzy następującymi po sobie wydarzeniami i skutkami, które te wydarzenia rodziły.

O tym, że historia tkwi gdzieś w naszych trzewiach i od czasu do czasu powoduje społeczne i kulturowe skręty kiszek, świadczą toczące się co jakiś czas namiętne dyskusje o wydarzeniach z przeszłości prowadzone pod pretekstem jakichś wydarzeń – jak np. marsze niepodległości, wypowiedzi osób publicznych, polityków (vide fraza o Polish death camps) czy książki lub filmu, jak np. „Unsere Mütter, Unsere Väter” czy wyświetlany obecnie w polskich kinach film o rzezi wołyńskiej. Dyskusja o tego typu wydarzeniach zmusza do pokazywania tła zdarzeń, procesów, które do nich prowadziły, czy warunków, których zaistnienie umożliwiło np. bezkarne mordowanie bezbronnych i niewinnych ludzi na rozkaz de facto mniejszościowej, ale zorganizowanej grupy, której dyktatowi ulegała bierna większość.

Przykładowo: w filmowej produkcji sprzed 15 lat zatytułowanej „Ostateczne rozwiązanie” i dotyczącej domniemanego przebiegu konferencji w Wansee została podjęta próba pokazania mechanizmów podejmowania decyzji w państwie totalitarnym. Jak przebiegała konferencja w Wansee i czy w ogóle miała miejsce – tego pewnie już się nie dowiemy, ale faktem jest, że w krótkim czasie niemiecka machina eksterminacyjna wymordowała miliony Żydów i przedstawicieli innych narodów, co nie byłoby możliwe, gdyby taka mordercza idea nie stanowiła celu jakiejś grupy decyzyjnej. Większość lokalnych pogromów czy mordów nie miałaby miejsca, gdyby nie powszechność wojennego zabijania, kradzieży, nędzy, żerowania na najniższych ludzkich instynktach i z czasem zobojętnienia na zło.

Oglądając wspomniany film o konferencji w Wansee, można zobaczyć znanych aktorów ucharakteryzowanych na hitlerowskich decydentów, sprawiających wrażenie starszych niż byli w rzeczywistości w tym okresie owi dygnitarze. Tymczasem przewodniczący tejże konferencji, słynny Reinhard Heydrich, protektor Czech i Moraw, na początku 1942 roku nie miał jeszcze ukończonych 38 lat. Adolf Eichmann miał wtedy 36 lat, Rudolf Lange – zaledwie 32 lata, zastępca Hansa Franka, Josef Bühler – 38 lat (nota bene sam Hans Frank obejmując we władanie GG, miał 39 lat), Wilhelm Stuckart miał na karku ledwo czterdziestkę, a jeden ze starszych w tym gronie – szef Gestapo, Heinrich Müller – miał „aż” 42 lata.

Było to właśnie pokolenie, dla którego młody wiek i brak doświadczenia stanowiły zaletę; pokolenie, które uważało, że dopiero od niego zaczyna się historia, że dopiero ono wynajduje optymalne mechanizmy rządzenia, a wiele z tego, co ludzkość wcześniej wypracowała jako dorobek cywilizacyjny, to niepotrzebne zabobony i hamulce postępu. Tacy ludzie są w każdym pokoleniu i stanowią oni obiekt zainteresowań grup dążących do zdobycia władzy technikami zamachu stanu, a później utrzymania tej władzy metodą – jak to określał profesor Konopczyński – osmyczania ludzi.

Proces ten bardzo dobrze ilustruje m.in. przebieg tzw. Sonderaktion Krakau, czyli akcji uwięzienia i następnie przetrzymywania w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen profesorów krakowskich uczelni. Ta tragiczna w skutkach dla niektórych profesorów akcja rozpoczęła się 6 listopada 1939 roku, czyli praktycznie zaraz na początku okupacji kraju przez hitlerowskie Niemcy. To przypomnienie jest konieczne, gdyż czasami funkcjonuje przekonanie, że niemieckie zbrodnie eskalowały wraz z coraz trudniejszą sytuacją na frontach, a na początku było jeszcze lajtowo i całkiem znośnie.

Tymczasem prawdziwa, zbrodnicza natura systemu tkwiła w nim od początku i była reprezentowana przez konkretnych ludzi z krwi i kości, których do decyzyjnej elity wepchnęły nie przyrodzone zalety, ale wady i słabości, gdyż na takich właśnie typach opierała się machina systemu. Jak opisuje pierwsze dni Sonderaktion Krakau profesor Konopczyński, Niemcy nie tylko aresztowali, ale również „odwiedzali” mieszkania naukowców w „prywatnym” charakterze. Np. w mieszkaniu prof. Leona Sternbacha „po prostu brutalnie zażądali cennych dywanów; później już uprzejmie wyprosili dla jakiegoś generała jeszcze jeden dywan, a jeszcze potem wyrzucili Sternbacha z mieszkania”.

Kulturalny naród filozofów kradł, mordował i gwałcił na skalę wcześniej niespotykaną. Cynicznie też zachowywał pozory, tak jak zawsze dzieje się pod rządami totalitarnymi. Wanda Chrzanowska, wspominając swój pobyt w Sachsenhausen, gdzie pojechała odebrać zwłoki swojego męża – profesora Ignacego Chrzanowskiego (syn Chrzanowskiego zginął w Katyniu) – zanotowała, jak „urzędnik w mundurze pyta mnie się naprzód, czy mój mąż miał jakieś kosztowności. „Tylko obrączkę i stalowy zegarek”. Wtedy z najwyraźniejszym poczuciem wyższej kultury i nieposzlakowanej uczciwości niemieckiej podchodzi do półki… i oddaje mi jedno i drugie (…). Uczciwość niemiecka mnie dusi (…)”. A Wanda Chrzanowska pochodziła ze spolonizowanej niemieckiej rodziny Szlenkierów, podobnie jak niemieckie korzenie miało wielu aresztowanych krakowskich uczonych. I to też jest znakiem, że można inaczej, że mając możliwość i pokusę przejścia na stronę triumfatora, można zachować godność i zostać przy tych wartościach, którym się hołdowało i którymi się żyło, kiedy można było jeszcze swobodnie wybierać.

Jak jednakże podkreślali w swoich wspomnieniach uwięzieni, osmyczani i sprowadzani do poziomu esesmana profesorowie, najgorsze nie było to, że Niemcy zamykali i prześladowali przedstawicieli narodu, z którym toczyli wojnę, ale że w obozie koncentracyjnym większość, przynajmniej jeszcze na początku wojny, stanowili Niemcy – i to nie tylko komuniści, ale także niemieccy patrioci mający ten feler, że jakimś gestem czy słowem wyrazili zwątpienie w nieomylność władzy. Konopczyński opisuje takiego niemieckiego bauera, którego dwóch synów w randze oficerów służyło na froncie, a ojca ta sama władza, której wiernie służyli synowie, wtrąciła do obozu, w którym został przez swoich rodaków okrutnie zakatowany.

Jedynie za to, że nie dość gościnnie karmił wojskowe konie owsem i sianem. Niemcy mordowali głównie inne narody, ale swoich mordowali także; banderowcy mordowali Polaków, ale w dużej liczbie także swoich pobratymców; komuniści rosyjscy mordowali Polaków i inne narody, ale liczbowo o wiele więcej obywateli swojego kraju. Ale jeszcze zanim w Europie Niemcy zaczęli szał zabijania, na przełomie 1937 i 1938 roku, armia japońska dokonała w chińskim Nankinie rzezi co najmniej kilkudziesięciu tysięcy ludzi (a są tacy, co tę liczbę mnożą przez dziesięć), co niestety potwierdza uniwersalizm zła i pokazuje, do czego zdolny jest system kierowany przez dostatecznie zmotywowaną grupę politycznych demiurgów. Tym bardziej złowieszczo brzmi przestroga, iż do triumfu zła wystarcza, by dobrzy ludzie nic przeciw temu nie robili.