W trakcie innej operacji spalono trzy wsie, zabito wszystkich ich mieszkańców, czyli 1163 osoby, i „pozyskano” dla potencjału wojennego Rzeszy 1470 sztuk bydła, 1108 świń, 148 koni oraz 1225 owiec.
Przykłady takie można by mnożyć. Sporządzając raporty z każdej akcji, Niemcy z ogromną pedanterią dokumentowali swoje ludobójstwo. Przeprowadzając akcje „oczyszczające”, Niemcy zdawali sobie sprawę, że nie służą one bezpośrednio zwalczaniu partyzantki. Chcieli raczej stworzyć pustynie, na których pozbawieni wsparcia ludności cywilnej partyzanci nie mieliby żadnego oparcia. W przytoczonym przez Eugeniusza Mironowicza sprawozdaniu czytamy m.in.: „Komenda ochrony lasów z Baranowicz informuje, że sukces z powodu obecności w okolicy SS we wrześniu 1942 r. nie był zauważalny. Wielkie bandy nie zostały zniszczone, lecz wypchnięte i obecnie zajmują się naruszaniem porządku w takim wymiarze jak wcześniej. Część wiosek, w których zatrzymały się bandyckie zgrupowania, zostało okrążonych, ludność rozstrzelana, a zabudowania spalone. Podczas rozstrzeliwania niestety była zniszczona tylko spokojna część ludności. Ci, których sumienie było nieczyste wobec władz niemieckich, uciekli do lasu, zanim rozeszły się wieści operacji”.

Nie tylko Niemcy mordowali

W mordowaniu cywilnej ludności brali udział nie tylko Niemcy, ale także Litwini, Ukraińcy i rosyjscy renegaci z Brygady RONA Kamińskiego. Można śmiało zaryzykować tezę, że przedstawiciele tych trzech nacji wyróżniali się szczególnym zwyrodnialstwem. Zabijanie sprawiało im przyjemność. Jak podaje Mironowicz, litewscy strzelcy podczas likwidacji obozu dla ludności cywilnej w pobliżu Łohojska zamordowali 625 osób, a dwa dni później w Mińsku od ich kul zginęło 1150 osób. Wszystkich zamordowanych określano mianem komunistów, nie zważając na to, że wśród nich sporą grupę stanowiły dzieci.
Swój ślad na Białorusi zostawili także Ukraińcy. Tu ludobójcze ostrogi zdobywał m.in. Roman Szuchewycz, dowódca jednej z kompanii ukraińskiego batalionu policyjnego, który – jak pisze Mark Sołonin – podlegał 201 Dywizji Bezpieczeństwa. Skupił on w swych szeregach weteranów dwóch ukraińskich batalionów: Nachtigall i Roland, których członkowie przeszli przeszkolenie w ośrodkach Abwehry. Oba bataliony zostały wcześniej ściągnięte z frontu do obozu szkoleniowego w Neuhammer. Tu zostały przeformowane i przemundurowane. Ich członkowie nie mieli już żółto-niebieskich naramienników. Dowódcą batalionu został Jewhen Pobihuszczyj. Roman Szuchewycz został natomiast dowódcą jednej z kompanii w stopniu kapitana Wehrmachtu.

Historia Chatynia jest ciągle żywa na całym postsowieckim obszarze. Na zdjęciu okładka książki o "odeskim Chatyniu"
Historia Chatynia jest ciągle żywa na całym postsowieckim obszarze. Na zdjęciu okładka książki o „odeskim Chatyniu”

Ukraiński batalion od października 1941 do marca 1942 roku przechodził przeszkolenie, po czym zajmował się w ramach 201 Dywizji Bezpieczeństwa ochroną tyłów 3 Armii Pancernej Wehrmachtu. Dowodził nią znany zbrodniarz niemiecki, generał SS von dem Bach-Zelewski. Ukraiński batalion działał na terenach rozciągających się od Lepla do Witebska. Ukraińscy historycy zajmujący się gloryfikacją OUN-UPA starają się zamazywać ten okres działalności ukraińskiego batalionu, w którym jako oficer służył ich bohater narodowy. Twierdzą, że batalion zajmował się „ochroną mostów”. Pomijają przy tym – co wypunktował Mark Sołonin – podstawowe źródło, jakim są wspomnienia dowódcy tej formacji zatytułowane „Mozaika moich wspomnień”, w których można przeczytać m.in.: „Niewątpliwie zdarzały się częste walki z partyzantami, przeczesywanie lasów, ataki na miejsca ich postoju. (…) Jak to powiedział von dem Bach (…) spośród wszystkich 9 batalionów, które zajmowały się ochroną tyłów operacyjnych Frontu Wschodniego, nasz batalion wykonywał zadania najlepiej”.

Czytaj też: Międzymorze, ale bez Polski