Moskwa. Kamień sołowiecki poświęcony ofiarom Gułagu. fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Foma

Stowarzyszenie Memoriał, którego zasług dla zachowania pamięci o zbrodniach bolszewickich nie da się przecenić, kilkanaście lat temu zaczęło publikować listę ofiar czerwonego terroru w Rosji. Jest ona wciąż uzupełniana i obejmuje już parę milionów nazwisk. Każde z nich oznacza niewyobrażalną tragedię.

Działalność Memoriału jest nie w smak władzom rosyjskim, z nostalgią wspominającym potęgę sowieckiego imperium. Obszar zainteresowań Stowarzyszenia jednoznacznie świadczy o tym, że w ZSRS panował ustrój zbrodniczy. Oprawcami, którzy przelali morze krwi, byli funkcjonariusze organizacji, w której oficjalnie przez 15 lat pracował obecny prezydent Rosji.

Włodzimierz Putin wprawdzie kiedyś podczas uroczystości Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych (obchodzonego 30 października) półgębkiem przyznał, że nie ma usprawiedliwienia dla stalinowskich zbrodni, jednak kremlowski władca zdecydowanie woli celebrować bardziej chwalebne karty z historii Kraju Rad, z triumfem 1945 roku na czele.

Po co rozgrzebywać rany?

Masakra, jakiej dokonało państwo sowieckie na własnych mieszkańcach, jest bezspornym faktem, ale nie pasuje do wymyślonej przez Putina koncepcji odbudowy Rosji. Tę potężną wyrwę w fundamencie mitu założycielskiego współczesnej Rosji jej władze starają się maskować bądź ignorować, lecz nie chcą się z nią zmierzyć. Zapewne Kreml nie ma pojęcia, w jaki sposób to ludobójstwo mogłoby wzmocnić jedność narodową. Rzeczywiście, przy obecnej formie i stylu rządów w Rosji nie można raczej sobie tego wyobrazić.

Toteż dokonania Memoriału, który wypada nazwać sumieniem Rosji, na ogół Kreml pomijał milczeniem. Ostatnio jednak Dymitr Pieskow, rzecznik prasowy rosyjskiego prezydenta, został zapytany przez dziennikarzy o listę pracowników NKWD z drugiej połowy lat trzydziestych minionego wieku, którą Stowarzyszenie Memoriał zamieściło na swoich stronach internetowych. Obejmuje ona około 40 tysięcy biogramów, bardzo zresztą lakonicznych: dane personalne, awanse, odznaczenia, miejsca zatrudnienia, data i miejsce śmierci (najczęściej lata osiemdziesiąte – pracownicy organów rzadko mieli okazję na przykład zginąć na froncie…). Upublicznienie takiego spisu narobiło trochę szumu i wszczęło niepojęte dywagacje, czy te dane wolno ujawniać.

Ostatecznie Kreml zabrał głos i stwierdził, że… nie będzie się w tej sprawie wypowiadał. – Pozostawię tę kwestię raczej bez komentarza – oświadczył Pieskow. – Temat jest nazbyt wrażliwy, niewątpliwie w tym wypadku wielu ludzi ma poglądy rozbieżne, istnieją diametralnie przeciwstawne punkty widzenia, przy czym jedni i drudzy mają mocne argumenty. Po czym rzecznik Kremla raz jeszcze podkreślił, że nie zamierza „w danym wypadku zajmować jakiejkolwiek pozycji”.

Nietrudno odgadnąć, że wnukowie morderców mają „punkt widzenia” różniący się „diametralnie” od poglądów, jakie reprezentują potomkowie zakatowanych ofiar… Bełkot Pieskowa dobitnie wskazuje na dezorientację jego mocodawcy, które nie wie, co począć z „istotnym krokiem w kierunku dogłębnego i dokładnego zrozumienia tragicznej historii naszego kraju” – jak określiło opublikowanie życiorysów zbrodniarzy samo Stowarzyszenie Memoriał.

Aby zrozumieć rozterki prezydenta Rosji, należy pamiętać, że pewna część jego poddanych rzeź sprzed trzech ćwierci wieku uważa za słuszną albo przynajmniej za uzasadnioną. Są Rosjanie, którzy naprawdę wierzą, iż tylko sprawna likwidacja siatek szpiegowskich zachodnich wywiadów uchroniła Związek Sowiecki przed totalną porażką podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. A i tak pośród tych, którzy wówczas uszli z życiem, znaleźli się podli zdrajcy ludowej ojczyzny (na przykład generał Andrzej Własow). Pojawiają się też opinie, że „Stalin w drugiej połowie lat trzydziestych walczył z przestępczością”, a gdzie drwa rąbią, to wiadomo… Taki pogląd wyraża m. in. znany polakożerca Jurij (w tym akurat wypadku spolszczenie imienia mija się z celem) Muchin w swojej książce – czy raczej we wrednym paszkwilu – „Podłość katyńska”.