Prezydent Donald Trump i prezydent Władimir Putin

Autor: Wojciech Grzelak

Stany Zjednoczone działają na nerwy Rosjanom co najmniej od czasu, gdy car Aleksander II lekkomyślnie pozbył się Alaski. Odebrał przez to swojemu krajowi szansę – niewielką, ale zawsze – ubiegania się o wpływy na Zachodnim Wybrzeżu, aż tam bowiem docierały łodzie prawosławnych rybaków.

Potężny kompleks amerykański tkwi jak zadra w głowach wschodnich Słowian. Od dziecka każdy Rosjanin wie, że co amerykańskie, to najlepsze, ale za Chiny się do tego nie przyzna, zwłaszcza przed przybyszem z Zachodu. Podczas przyjęć towarzyskich w dobrym tonie jest rytualne pomstowanie na bezczelne poczynania pindosów. Termin ten, niegdyś oznaczający w języku rosyjskim Greków nadczarnomorskich, w tym stuleciu rozpowszechnił się jako inwektywny synonim Amerykanina, mieszkańca Pindostanu.

Po zniszczeniu World Trade Center w Rosji niby to współczuto półgębkiem mieszkańcom USA (początkujący wówczas dopiero w roli prezydenta Włodzimierz Putin pospieszył ze stosownymi zapewnieniami), ale drugą połowę rosyjskich gąb wykrzywiał grymas satysfakcji: „Za tę arogancję, butę, wtrącanie się we wszystkie sprawy na świecie – a co, może się im nie należało?!”. Niedawno prezydent Rosji ostro skarcił swoich generałów, gdy identycznie usprawiedliwiali zaczepianie przez rosyjskie myśliwce amerykańskich okrętów („bo na to zasłużyli”), ale były to chyba raczej popisy władcy z Kremla związane ze zmianą w Białym Domu. Putin znakomicie kalkuluje, ile może ugrać, „broniąc” flotę NATO przed swoim własnym lotnictwem.

Po pierwsze – interes Ameryki

Doktryna kremlowska zakłada – a identyczne przekonanie, nakręcane dzięki sprawnej i nachalnej propagandzie, panuje pośród ludu rosyjskiego – że naczelnym wrogiem największego państwa świata są Stany Zjednoczone. Dlatego niektórzy Rosjanie wybór Trumpa na prezydenta USA przyjęli entuzjastycznie, wręcz uznając go od razu za swojego człowieka w Waszyngtonie.

Warto przypomnieć, że taki sam zachwyt zapanował – od początku zresztą podzielany przez Kreml – kiedy dziewięć lat temu na czele rządu pewnego niezbyt dużego państwa, za to zawsze sprawiającego Rosji kłopoty, stanął inny Donald. W tym wypadku ocena Moskwy okazała się całkowicie uzasadniona. Można jednak pocieszać się, że co Trump, to nie trampkarz.

Tym bardziej że starzy kremlowscy wyjadacze wcale aż tak bardzo nie podzielają entuzjazmu rosyjskich mas i mass mediów. Trudno wykluczyć, że pewne próby kreowania przez kremlowskie publikatory Trumpa na „lepszy z punktu widzenia Moskwy wybór” były kolejną grą, obliczoną na uformowanie wizerunku słynnego miliardera jako rusofila, co akurat w tym momencie jest passé. Tak czy owak Donald Trump na stanowisku prezydenta USA to wbrew pozorom o wiele twardszy dla Moskwy orzech do zgryzienia niż Hilaria Clintonowa – ten golem lewicy.

Ot, choćby pierwszy z brzegu przykład: ważnym punktem programu wyborczego Trumpa, podejrzewanego przez wielu o poglądy wręcz proputinowskie, jest obietnica ponownego postawienia na nogi amerykańskiego górnictwa. Nowy prezydent USA wie doskonale, jak ogromnymi zasobami ropy naftowej dysponuje jego kraj i jak bardzo od dawna sztucznie ograniczano eksploatację tych złóż. Zamierza dać zielone światło dla branży naftowej, a na ochronę środowiska wokół rafinerii czy pól roponośnych przeznaczyć pieniądze trwonione dotąd na walkę z fantomem globalnego ocieplenia.

W związku z tym można spodziewać się spadku światowych cen surowców energetycznych. To dla Rosji, podstawą gospodarki której ciągle pozostaje przemysł wydobywczy, wiadomość zdecydowanie zła. Obniżka cen ropy naftowej wpłynęła już znacząco na bardzo silne osłabienie rubla. Nawet niewielkie wahnięcia wartości baryłki znajdują swoje odbicie w notowaniach rosyjskiej waluty. A kolejne załamanie się kursu rubla to solidny gwóźdź do trumny dla rosyjskiej ekonomii (może nawet, kto wie, kołek osinowy?), nieporównywalnie dotkliwszy niż wbijane w nią szpilki w postaci sankcji.

W 2014 roku Donald Trump zastanawiał się, czy nie należałoby uznać aneksji Krymu przez Rosję, jednak od tej chwili minęły dwa lata, a znany miliarder stał się pierwszą osobą w USA. Również to, że nazwał Włodzimierza Putina lepszym liderem niż Barack Obama, niekoniecznie musi dowodzić jakiegoś głębszego uczucia do moskiewskiego satrapy. Akurat bycie przywódcą lepszym od Obamy nie jest specjalnie trudne, a poza tym Putin potrafił pokazać ustępującemu amerykańskiemu prezydentowi, gdzie raki zimują.

Ale Trump wspomniał także, że w razie konieczności zrewiduje stosunki amerykańsko-rosyjskie, i nie wyklucza, że jego relacje z przywódcą Federacji Rosyjskiej mogą wejść nawet w fazę „skrajnie złych”. Ta wypowiedź zdecydowanie bardziej opiera się o grunt realnej polityki niż wcześniejsze napomknienia Trumpa prognozujące „bardzo, bardzo dobre stosunki z Rosją”.

Przykre jest także dla Rosji zapowiedziane przez nowego prezydenta USA zwiększenie wydatków na armię. Nowego wyścigu zbrojeń Moskwa nie wytrzyma, podobnie jak poprzednia, sowiecka inkarnacja państwa rosyjskiego.

Różnice i podobieństwa

Poglądy obu prezydentów – rosyjskiego i amerykańskiego – w niemałej liczbie spraw są diametralnie różne. Celnie wypunktował różnice pomiędzy Trumpem a Putinem znakomity publicysta Aleksy Nawalny, znany z odważnej krytyki rosyjskiego prezydenta: „Imigranci: Trump – mur, Putin – zniesienie obowiązku wizowego w przypadku państw Azji Środkowej. Ingerencja państwa w gospodarkę: Trump – ograniczenie, Putin – kapitalizm państwowy i rozbudowa biurokracji. Prawo do posiadania broni przez osoby prywatne: Trump – tak, Putin – kategoryczny sprzeciw. Islamizacja: Trump – zakaz migracji ze sprawiających problemy krajów muzułmańskich, Putin – brednie o tym, że prawosławiu bliżej jest do islamu”.

Gdyby jednak obaj przywódcy na chwilę zapomnieli o tym, że przedstawiają dwa wielkie narody, okazałoby się, że prywatnie sporo ich łączy. Łatwo sobie można wyobrazić, jak sprawnie przebiegałby dialog Trumpa i Putina, gdyby nie ciążyły na nich obowiązki państwowe. Bowiem jedno ze wspólnych upodobań nowego amerykańskiego prezydenta i jego starego rosyjskiego odpowiednika to koszmar feministek – obaj są seksistami i niezbyt starają się maskować swój maczyzm. Podczas kampanii oskarżano Trumpa o molestowanie, próby gwałtu oraz gwałty, które dla przywódcy z Moskwy nie są chyba czynem nagannym, skoro zazdrościł izraelskiemu prezydentowi Mojżeszowi Kacawowi zniewolenia dziesięciu kobiet i nazwał go z tego powodu silnym mężczyzną.

A i ze swawolnikiem Sylwiuszem Berlusconim raczej nie o bilansie handlowym rozprawiał w krymskiej piwniczce, sącząc ponad dwustuletnie sherry… Zresztą pomimo „obraźliwych” dla kobiet wypowiedzi, przychylnością nieprzeciętnie nadobnych okazów płci przeciwnej cieszy się zarówno przyszły lokator Białego Domu (Melania Trump de domo Knavs), jak i rezydent Kremla (Helena Isinbajewa).

Niewątpliwie prezydent Stanów Zjednoczonych jest trudnym partnerem dla Moskwy (i nie tylko dla Moskwy). Rosja raczej nie powinna nastawiać się na nowy „reset” w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Można za to oczekiwać po Trumpie różnych wolt i fint, z których pewna część może być niezrozumiała. Czego jednak spodziewać się po polityku-biznesmenie, który od Demokratów przeszedł do Republikanów, a potem wrócił do Partii Demokratycznej, aby po kilku latach ponownie nawrócić się na republikanizm (po drodze była jeszcze wcześniej Partia Reform), na rok wybić się na niezależność, aby następnie uzyskać nominację i wygrać wybory prezydenckie jako kandydat Partii Republikańskiej?

Oryginalny tytuł artykułu: Nowa nadzieja?