Gdynia, 17.12.1970. robotnicy Stoczni Gdynskiej niosa na drzwiach cialo Zbigniewa Godlewskiego, zastrzelonego podczas zamieszek w rejonie stacji kolejki podmiejskiej Gdynia Stocznia. Zdjecie wykonano na ulicy Swietojanskiej w Gdyni, z okna mieszkania prywatnego. Fot. domena publiczna autor; Edmund Peplinski

17 grudnia 1970 r. doszło do masakry w Gdyni pracowników udających się do pracy. Dwuznaczną rolę w tym krwawym wydarzeniu odegrał wicepremier Stanisław Kociołek, który do lipca tamtego roku był I sekretarzem KW PZPR w Gdańsku.

Kociołek wezwał przez radio pracowników stoczni do udania się do pracy. Kiedy setki stoczniowców i pracowników innych zakładów wysiadły rano z SKM (Szybka Kolej Miejska) na przystanku Gdynia Stocznia, oddziały Ludowego Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej oddały o nich salwy bez ostrzeżenia. Zginęło 10 osób, dziesiątki były rannych. Strzelano od razu na wprost.

Zgodę na strzelanie wydał Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz KC PZPR, najważniejsza osoba w państwie. Ta zgoda podobno była obwarowana warunkiem: pierwszy strzał w powietrze, drugi w nogi, trzeci wprost. Według niepotwierdzonych informacji żołnierzom przywożonym do Gdańska mówiono, że jadą stłumić bunt gdańskich Niemców. Dlatego, rzekomo z twego powodu, mieli strzelać od razu na wprost.
Masakra w Gdyni wygląda na prowokację. Prawdopodobnie Kociołek, który był jednocześnie członkiem Biura Politycznego KC PZPR, a więc najwyższym rangą przedstawicielem władzy (oprócz Zenona Kliszki) przebywającmy wtedy na Wybrzeżu, miał potwierdzić taką kolejność strzelania do demonstrantów, w rozmowie z gen. Grzegorzem Korczyńskim.

Jednakże ludzie wysiadający z SKM w Gdyni nie byli demonstrantami. Kociołka prawdopodobnie wrobiono w ten apel ze zwróceniem się do ludzi, żeby poszli do pracy. A tam już czekały na nich oddziały egzekucyjne. Masakra gdyńska, jak się sugeruje, najprawdopodobniej była dziełem grupy tzw. partyzantów, tj. partyjnej frakcji kierowanej przez szefa MSW Mieczysława Moczara i właśnie Grzegorza Korczyńskiego, którzy zamierzali we ten sposób skompromitować Gomułke i sięgnąc po władzę.

Po tej masakrze uformował się w centrum Gdyni pochód, do którego dołączyły tysiące mieszkańców miasta. Na czele tego pochodu niesiono zabitego 18-letniego Zbyszka Godlewskiego (w popularnej balladzie nazwany Jankiem Wiśniewskim). Ten pochód w centrum miasta został rozbity przez milicję.

Do jeszcze krwawszych wydarzeń doszło w tym dniu w Szczecinie. Tam ostatecznie zastrajkowała Szczecińska Stocznia i tysiące stoczniowców oraz mieszkańców miasta wyszło na ulice. Podpalono gmach KW PZPR w Szczecinie, doszło do walk z milicją i z wojskiem. Zginęło 16 osób. Demonstrowano też w Słupsku i w Elblągu.

Należy podkręslić nieprawdopodoną brutalność milicjantów, zomowców i słuchaczy milicyjnej szkoły w Słupsku, ich ogormne zezwierzęcenie w traktowaniu złapanych ludzi.

W sumie, według oficjalnych danych w robotniczym powstaniu na Wybrzeżu zginęło 45 osób. Ta liczba, biorąc pod uwagę późniejsze wypowiedzi uczestników tego powstania, wydaje się daleko odbiegająca od rzeczywistości.