Dom pod Orłami - widok współczesny fot. GFDL autor: Marcin Białek

Pierwsza połowa 60 lat. ubiegłego wieku to okres tzw. małej stabilizacji. Co prawda okres względnej liberalizacji lat 1956-1959 był już przeszłością, ale Polska powoli się rozwijała. Życie społeczne pozbawione komunistycznego terroru lat epoki stalinizmu, pozbawione nachalnej indoktrynacji, stawało się znośne.

Panował tzw. mieszczański socjalizm. Gomułkowskie państwo nie weszło jeszcze w stan konfliktów polityczno-społecznych, które otwiera antykościelna kampania związana z listem biskupów polskich do niemieckich w 1965 r., a kończy masakra robotników na Wybrzeżu w 1970 r.

Życie stało się spokojne i ustabilizowane. Atmosferę tych lat dobrze odzwierciedlają słowa przeboju „Kryzysowa narzeczona” zespołu Lady, Punk napisane, kilkanaście lat później: ”po malutku żyć, tak jak nam tu naznaczono”.

W tej sennej atmosferze tych lat, gdzie według mediów, nic nie mogło się wydarzyć złego w Polsce, jak grom z czystego nieba spadła wiadomość, że w Warszawie w dniu 22 grudnia 1964 r. dokonano bandyckiego napadu na bank. Zabito konwojenta, drugiego ciężko zraniono i zrabowano ogromną, jak na tamtejsze czasy sumę 1,3 mln zł.

Około godz. 18.30 pod bank na ulicy Jasnej, (gmach zwany Domem pod Orłami) podjechał samochód marki „Warszawa”. W nim były przewożone pieniądze 1.336.500 zł. To był dzienny utarg Centralnego Domu Towarowego. Konwojent Zdzisław Skoczek, który wysiadł z samochodu, zderzył się z nieznanym mężczyzną, który chwilę potem strzelił mu w korpus i wyrwał worek z pieniędzmi. Potem oddał kilka strzałów kierunku samochodu i uciekł. Ranny konwojent Skoczek miał jeszcze tyle sił, żeby uciec i skryć się w banku.

Jednocześnie ktoś z bramy strzelił do drugiego konwojenta Stanisława Piętki. Kiedy konwojent upadł, bandyta podbiegł do niego i zastrzelił go dwoma strzałami w głowę. Kasjerka Jadwiga Michałowska, która zdążyła wysiąść z samochodu, skryła się za nim. Bandyci po chwili odjechali samochodem marki Warszawa.

Mimo szybkiego pojawienia się milicyjnych radiowozów (6 minut po otrzymaniu wiadomości o napadzie) i blokady dróg wyjazdowych z Warszawy, nie udało się złapać sprawców. Szeroko zakrojone śledztwo prowadzone przez najlepszych oficerów dochodzeniowych nie przyniosło oficjalnie efektów, mimo że rysopisy bandytów były bardzo podobne do rysopisów sprawców dwóch innych napadów, także nie wykrytych , a zebrane łuski wskazywały, że użyto tej samej broni.

Według pogłosek sprawcami byli dwaj funkcjonariusze UB/SB czy milicji. Podobno zostali namierzeni i schwytani i po cichu zabici, żeby ukryć kompromitujący fakt dla porządkowych służb PRL.