Ukraina - pogrzeb żolnierza fot. Wikipedia CC 4.0 autor: Mykoła Wasyleczko

Autor: Adam Wielomski

Ostatnio można zaobserwować przyspieszenie polityczne wokół Ukrainy. Zawieszenie broni z separatystycznymi republikami wokół Doniecka staje się coraz bardziej fikcyjne. Na Krymie doszło niedawno do niejasnego incydentu zorganizowanego przez ukraińskie lub rosyjskie służby, którego celem była destabilizacja sytuacji.

Na Ukrainę coraz częściej przybywają amerykańscy wojskowi i eksperci. Wydaje mi się, że szykuje się wznowienie działań zbrojnych. Ukraińska armia przegrupowała się, pozyskała zapewne nieco nowoczesnego sprzętu wojskowego z Zachodu, przemalowała czołgi i dała im banderowskie oznaczenia (co widać było na ostatniej defiladzie w Kijowie). Moim zdaniem, Ukraina szykuje się do wojny, której celem ma być zajęcie siłą zbuntowanych rosyjskojęzycznych regionów na wschodzie.

Rządzący nami neosanacyjni „niepodległościowcy” też wydają się przeczuwać, że zbliża się konflikt zbrojny. Trudno mi powiedzieć, czy fakt ten tylko przeczuwają, czy też zostali o nim nieoficjalnie poinformowani przez Amerykanów, którzy całkowicie kontrolują sytuację polityczną i militarną w Kijowie. Wizyta Prezydenta RP Andrzeja Dudy na Ukrainie z okazji 25-lecia niepodległości tego kraju była znacząca.

Nie pojawiła się na tej imprezie żadna z głów państw, gdyż nikt nie chce udzielać poparcia rządzącym na Ukrainie neobanderowcom w sytuacji możliwego wybuchu konfliktu zbrojnego; nikt bowiem nie chce być postrzegany jako aliant rozpadającego się państwa ukraińskiego. Tymczasem polskiej reprezentacji nie przeszkadzało to uczestniczyć w manifestacji (pozornej) siły zbrojnej Ukrainy, a Prezydentowi RP wygłosić przy tej okazji kilku ważnych deklaracji o dozgonnej przyjaźni polsko-ukraińskiej oraz o konieczności istnienia suwerennej Ukrainy dla istnienia suwerennej Polski. W Moskwie, w Waszyngtonie, w Berlinie i w innych stolicach mogło to zostać odczytane jako gotowość zbrojnego wsparcia reżimu w Kijowie na wypadek wojny z Putinowską Rosją.

Sytuacja rzeczywiście staje się dla Polski poważna. Rządzące PiS wydaje się naprawdę gotowe wplątać nasz kraj w awanturę militarną, która zacznie się walkami o Donieck, a skończyć się może marszem rosyjskich dywizji pancernych na Kijów. Nie wykluczam, że w takiej sytuacji nasi rusofobi i etatowi antykomuniści ogłoszą wsparcie militarne dla Ukrainy. Skoro środowiska rusofobiczne i antyputinowskie w Polsce gotowe były wybaczyć Ukraińcom banderyzm, rzezie UPA na 200 tysiącach Polaków i Żydów, to kto wie, czy nie zawahają się poświęcić kolejne tysiące naszych żołnierzy „za wolną Ukrainę”?

Fantazja? W końcu czemuś musi służyć rozpętana od jakiegoś czasu wielka kampania antyrosyjska i antyputinowska, w której uczestniczą wszystkie środowiska postsolidarnościowe – od „Gazety Polskiej” po „Gazetę Wyborczą”. Jest w tej kampanii tyle nonsensu i stronniczości, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest ona kierowana centralnie – i to bynajmniej nie z Warszawy. Ośrodek kierowniczy tej kampanii jest za Oceanem, a jednym z głównych jej filarów jest George Soros, który zresztą został ostatnio jednym z doradców rządu neobanderowskiej Ukrainy.