Imigranci

Autor: Wojciech Tomaszewski

Bycie niezamożnym ma również swoje dobre strony. Ponieważ Polska w europejskiej skali nie jest krajem zamożnym, uniknęła jak na razie wizyt nieproszonych gości, którzy w wielkiej masie od kilkunastu miesięcy kierują się do zachodniej, bogatej części naszego kontynentu. Jednakże obecny napływ wielkiej rzeszy muzułmanów z Bliskiego Wschodu i z północnej Afryki to dopiero początek emigracyjnego Armagedonu, który w nadchodzących dekadach może zalać i nasz kraj.

Historycy zajmujący się upadkiem Imperium Rzymskiego za jedną z jego przyczyn uważają bogactwo tego imperium. W cesarstwie całymi dekadami żyło się spokojnie, bezpiecznie i całkiem znośnie. Cesarstwo było w pewnym sensie welfare state starożytności. Dobrobyt mieszkańców chroniła słynna armia rzymska, jedna z najlepszych organizacji militarnych w dziejach świata.

Historia jest nauczycielką życia

Ten dobrobyt stał się jednak dla Rzymian nieszczęściem. Spowodował napór na cesarstwo tych którzy mieszkali poza rzymskim limes, a chcieli skorzystać z jego bogactw. Kryzys gospodarczy imperium oraz depopulacja rzymskiej nacji, a także niechęć do ponoszenia niewygód służby wojskowej spowodowały, że w coraz większym zakresie korzystano z najmowania m.in. germańskich wojowników do armii. Oni mieli bronić granic cesarstwa przed m.in. swoimi współplemieńcami.

Przypomina to współczesną sytuację, kiedy ochronę granic Unii przed napływem muzułmańskich uchodźców i emigrantów powierza się muzułmańskiej Turcji. Ten model przetestowany w starożytności zakończył się zagładą imperium. Germanie w służbie Rzymu stracili ochotę na walkę w jego obronie, woleli dogadać się ze swoimi pobratymcami. Dzisiaj także pojawiają się pomysły powoływania napływających muzułmanów do różnych europejskich armii. Warto również zwolennikom multi-kulti przypomnieć historię zdobycia Rzymu przez Germanów w 410 roku. Miasto padło, ponieważ germańscy niewolnicy otworzyli jego bramy, a następnie wraz najeźdźcami zabrali się za rabowanie jego bogactw.

Jeszcze jedna analogia. Obecnie pojawiają się pomysły, żeby osiedlającym się muzułmanom zostawić jakieś wydzielone tereny. Niech się tam sami rządzą. To też zostało przetestowane. Germanie, którzy już byli osiedleni na terenie cesarstwa, wraz z jego słabnięciem, a zwłaszcza po jego upadku, poszerzali swoje posiadanie, po prostu usuwając rzymskich właścicieli z ich własności.

Historia vitae magistra est (historia jest nauczycielką życia). Nie wiadomo, czy rządzący Europą znają te historie albo czy znając, biorą je pod uwagę w swoich politycznych kalkulacjach. Być może znają, ale nie widać, żeby wyciągali z nich jakieś praktyczne wnioski. My mamy trochę czasu, żeby wyciągnąć z tego wnioski i nauczyć się na błędach niemieckich i unijnych polityków. Nauka na cudzych błędach jest zawsze mniej kosztowna niż na własnych.

Polska demografia

Ćwierć wieku temu, kiedy odzyskaliśmy niepodległość, Polska miała trzy atuty.
Pierwszy to rozwinięty, choć w wielu przypadkach zacofany technologicznie przemysł. Wiele zakładów przemysłowych można było zmodernizować. Niestety narzucono nam taki program restrukturyzacji Polski, w następstwie którego wiele najlepszych zakładów znalazło się w rękach obcego kapitału, a tysiące innych zakładów po prostu zamknięto, żeby nie stały się w przyszłości konkurencją dla tych pierwszych. Efektem tej polityki była likwidacja 5 mln stanowisk pracy w ciągu pierwszych 15 lat transformacji.
Drugi atut stanowiła polska ziemia będąca w naszych rękach. Polską ziemię, którą częściowo sprzedano cudzoziemcom poprzez obchodzenie prawa, obecny rząd próbuje ocalić przed dalszą wyprzedażą, stosując zaporowe przepisy prawne.

Trzeci atut to bardzo liczne młode pokolenie, będące efektem drugiego boomu demograficznego.
Podczas pierwszego boomu demograficznego (1948-1959) rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie. Podczas drugiego (1973-1987) rodziło się ponad 600 tys. rocznie, a w szczytowych latach ponad 700 tysięcy. W 1989 roku mieliśmy to młode pokolenie w szkole i w przedszkolu – i ono było wielką nadzieją kraju. Dziś jest to pod względem demograficznym pokolenie stracone. Ci ludzie mają teraz od 29 do 43 lat, bardzo ograniczoną liczbę dzieci oraz znikome szansę na zmianę tej sytuacji.
3-milionowe bezrobocie, jakie sprezentowała społeczeństwu III RP, doprowadziło młodych ludzi do masowej emigracji oraz ograniczeń w ilości potomstwa. W XXI wieku w Polsce przez większość lat rodziło się od 350 do 400 tys. dzieci. Różnica ilościowa pomiędzy pierwszym a drugim boomem demograficznym jest nieznaczna. Natomiast różnica pomiędzy tym drugim a pokoleniami urodzonymi w XXI wieku jest dramatyczna. Nie ulega wątpliwości, że ta demograficzna luka będzie miała ogromnie negatywny wpływ na rozwój i w dodatku z każdym rokiem będzie się powiększała. Perspektywy są wręcz hiobowe. Według raportu ONZ „World Population Prospects. The Revision 2015”, Polska w 2050 roku będzie liczyła 33 mln mieszkańców, a w 2100 roku – zaledwie 22 miliony. Temu tragicznemu spadkowi liczby ludności będą towarzyszyły dramatyczne procesy starzenia się społeczeństwa.

Osoby powyżej 60 roku życia stanowią obecnie 26,7% społeczeństwa. W 2050 roku takie osoby będą stanowiły prawie połowę ludności naszego kraju. Katastrofy demograficznej, za którą są odpowiedzialne władze III RP, nie da się odwrócić w jakimś przewidywanym okresie. To sprawa kilku pokoleń. Programy takie jak „500 plus” czy reemigracja mogą ten proces spowolnić, ale go nie zahamują. Polska już wkrótce – i to bardzo szybko – stanie przed dramatycznym problemem, skąd brać pracowników dla naszej gospodarki. Jedynym w tej chwili sensownie możliwym rozwiązaniem będzie przyjmowanie imigrantów.

Światowa demografia

Przewidywania odnośnie wzrostu/spadku liczby ludności kształtują się wielce niekorzystnie dla naszego regionu. Procentowy spadek tej liczby w latach 2015-2050 będzie największy w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W pierwszej dziesiątce tych krajów są same państwa naszego regionu na czele z Bułgarią, Rumunią i Ukrainą. Na drugim biegunie są dwa kontynenty. W krótszym okresie, tj. do 2030 roku, ludność Azji wzrośnie o 500 milionów. Podobny przyrost zanotuje Afryka. Należy podkreślić, że przyrost ludności w Azji w 60% nastąpi w krajach subkontynentu indyjskiego. Wzrost liczby mieszkańców subkontynentu o 300 mln do 2030 roku, a w sumie o prawie 600 mln do 2050 roku spowoduje prawdziwy emigracyjny Armagedon.

Tych ludzi nie da się tam już bezproblemowo pomieścić. To przyrost przewyższający całą populację UE, przy porównywalnym terytorium pomiędzy Unią a subkontynentem. Część z tych ludzi będzie emigrowała do bogatszych państw Azji Wschodniej, ale część będzie chciała osiedlić się w Europie. XXI wiek będzie generalnie należał pod względem wzrostu populacji do Afryki. Ludność tego kontynentu wzrośnie do końca wieku ponad 3,5-krotnie.

Co prawda pod względem wielkości terytorium Afryka jest siedem razy większa niż subkontynent indyjski, ale tak gwałtowny przyrost ludności też wymusi nacisk emigracyjny, niezależnie od innych czynników wpływających na emigrację, takich jak np. standard życiowy, perspektywy rozwoju kraju itd. Wg prognozy długoterminowej, do 2100 roku, inne regiony będą wykazywały umiarkowany wzrost (Ameryka, Australia i Oceania) lub umiarkowany spadek (Europa, Azja Wschodnia)
Reasumując: do Europy w nadchodzących dekadach będą napływali imigranci z Bliskiego Wschodu, subkontynentu indyjskiego i z Afryki.

Fundamentalne pytania

Powinniśmy sobie zadać pytanie, kogo chcielibyśmy mieć jako imigrantów i kogo możemy mieć. Ludzie zazwyczaj chcieliby mieć za sąsiadów takich samych jak oni lub podobnych do siebie. Tych pierwszych, czyli ludzi naszej narodowości, języka i kultury, jest jak na lekarstwo. Być może uda się sprowadzić więcej Polaków zza wschodniej granicy. Należy liczyć, że część emigrantów wróci, w miarę jak będzie rosła w Polsce stopa życiowa, ale ilościowo będzie to co najwyżej retusz obecnej sytuacji populacyjnej. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej przeżywają głęboki kryzys demograficzny, więc nie mają nadwyżek ludnościowych, a Polska dla innych krajów Europy Środkowej nie jest tak atrakcyjna, żeby ich mieszkańcy masowo przesiedlali się do nas. W każdym razie nic takiego przez ostatnie ćwierć wieku nie nastąpiło i nie widać niczego, co by mogło zmienić ten stan.

Na pewną pulę imigracyjną możemy liczyć z Europy Wschodniej. Wojna na Ukrainie napędziła do naszego kraju co najmniej kilkaset tysięcy Ukraińców i Ukrainek, ale nie wiadomo, ilu z nich zostanie na stałe, gdy w końcu tam nastanie pokój. Część z nich pochodzi z Ukrainy Centralnej i Wschodniej, a wiec z terenów, gdzie postrzeganie Polski było o wiele przychylniejsze niż na Ukrainie Zachodniej. Już w tej chwili ukraińscy emigranci zapełniają lukę w tych nisko opłacanych działach gospodarki, w których nie ma zbyt wielu chętnych do pracy wśród Polaków. Nie należy wykluczyć, że emigracja z Ukrainy będzie trwała nadal. Dochód per capita jest Polsce co najmniej trzy razy wyższy i należy sądzić, że w najbliższych latach będzie raczej się zwiększał na naszą korzyść. W sumie jednak imigracja z tych krajów, z których byśmy chcieli i które zaliczamy do najbliższych nam językowo, kulturowo, rasowo (Słowianie), może rozwiązać nasze demograficzne problemy raczej na bieżąco niż na trwałe.

Skoro nie możemy mieć w takiej liczbie tych imigrantów, których chcemy, to musimy zadbać, żeby do naszego kraju przybywali inni. Dopóki mamy jeszcze wybór, musimy z dostępnej puli wybrać tych, którzy możliwie najlepiej zaadaptują się w naszym kraju, zanim napłynie fala emigracyjnego Armagedonu. Wydaje się, że z możliwych opcji najbardziej korzystna byłaby opcja wietnamska i filipińska. To narody liczące po ok. 100 mln każdy, mające ciągle dużą populacyjną dynamikę. Z Wietnamczykami mamy już pewne doświadczenie.
To ludzie pracowici i bardzo dobrze się uczący. W Polsce nie ma wietnamskich żebraków ani obiboków. Część z nich to katolicy, a inna część przeszła na katolicyzm po przyjeździe. Wielu z Wietnamczyków chce na stałe związać swój los z Polską. Drugą nacją są Filipińczycy. Naród w ogromnej większości katolicki, od swojego zarania należący do kręgu kultury łacińskiej. Ważne jest, że na Filipinach językiem urzędowym jest angielski. To na początku umożliwiłoby lepsze porozumiewanie się w naszym kraju.

Wydaje się, że te dwie nacje spośród pozaeuropejskich najbardziej nadawałyby się na nowych obywateli Polski. Należy się jednak spieszyć. PKB per capita na Filipinach i w Wietnamie rośnie szybciej niż u nas. Na razie w tych krajach jest poniżej ukraińskiego, ale za parę lat już może być na tyle wysoki, że emigracja może przestać być opłacalna.

Polska powinna szybko stworzyć szeroki i kompleksowy plan imigracyjny skierowany do tych dwóch narodów. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy się zupełnie zamknąć na inne nacje. W tym wypadku trzeba być elastycznym. Należy jednak to wszystko czynić w miarę szybko, dopóki mamy opcję wyboru, zamiast opcji walki z niechcianymi imigrantami, których rzuci do Europy fala Armagedonu.