Caracal czy Puma?

Ciekawe, że nikt nie mówi o tym, iż Caracal to tak naprawdę nowa nazwa starego śmigłowca. Pierwotnie helikopter ten powstał jako SA-330 Puma nieistniejącej już dziś francuskiej firmy Aerospatiale w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Dekadę później powstała jego ulepszona i wydłużona odmiana SA-332 Super Puma, produkowana na rynek cywilny i wojskowy. Od 1990 roku wojskowe Super Pumy zaczęto nazywać Cougar, co wywołało pewne zamieszanie, bo wcześniej sprzedane wojskowe Super Pumy (czyli teraz Cougary) nie zmieniły nazwy. I wreszcie w 2000 roku oblatano zmodernizowaną wersję Cougara, z nową awioniką, wirnikiem i śmigłem ogonowym wykonanym z kompozytów zamiast z metalu i kilkoma innymi ulepszeniami.

Ta odmiana otrzymała nazwę Caracal. Śmigłowiec ten zmieniał więc nazwy jak kameleon skórę, ale nie zmienia to faktu, że jest to już dość stara konstrukcja po dużym liftingu. Co ciekawe, cała „pumiasta” rodzina bezskutecznie konkurowała z radzieckimi Mi-8, a później Mi-17, bowiem radziecki śmigłowiec jest zdecydowanie lepszy. Ma większy udźwig, tylną rampę ułatwiającą załadunek, jest bardzo niezawodny, wytrzymały na trudy eksploatacji (jak Kałasznikow – chciałoby się powiedzieć) i bezpieczniejszy.

Wyjątkowo udał się on Rosjanom, sprzedali go ponad 17 tys. sztuk, podczas gdy „pumiastych” zbudowano tylko ok. 1400. Co ciekawe, francuskie śmigłowce dość często ulegały awariom, rozbito ich ok. 260, czyli prawie jedną szóstą. Były pożary silników, awarie przekładni głównej, wibracje wirnika, utraty kontroli nad śmigłowcem przez załogę – dużo tego było. Ginęli ludzie. Od razu nasuwa się pytanie: dlaczego lepsze śmigłowce Mi-8 i Mi-17 mamy zastąpić gorszymi, choć nowo wyprodukowanymi?

Argumenty obrońców

Pozostaje jeszcze jeden argument obrońców Caracala, czyli miejsca pracy. Miały one zostać wygenerowane przez fakt montażu większości z 50 zamówionych maszyn w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Łodzi. Jest to zakład zajmujący się remontami śmigłowców dla wojska. Przekształcenie go w montownię wymagałoby pewnych inwestycji, co miała załatwić umowa rekompensacyjna, zwana powszechnie offsetem. Na początku mówiło się o 1200 miejscach pracy, później o 3 tys. czy nawet 4 tys., a dzisiaj słyszałem w telewizji 6 tysięcy. Ciekawe, kiedy ta liczba się zatrzyma. Widać, że poza pierwotną, oficjalną liczbą 1200 pozostałe są chyba wzięte z sufitu.

Załóżmy jednak, że WZL-1 z Łodzi zatrudniłyby te tysiąc osób (250 miało trafić do Radomia). Tyle że przy produkcji lotniczej potrzeba wykwalifikowanych specjalistów, techników i inżynierów. A dla takich w Łodzi jest sporo pracy. Mój syn, technik-elektryk po technikum kolejowym, bez problemu zatrudnił się w łódzkich tramwajach, przy czym oferty pracy przyszły z obu łódzkich zajezdni, bo techników w Łodzi po prostu brakuje. O inżynierach w Łodzi wręcz mówi się: mgr inż. – możesz g*** robić i nieźle żyć, bowiem praca dla nich też jest, mogą wybierać. W Łodzi bezrobocie dotyczy głównie ludzi z wykształceniem i chęcią do pracy na poziomie Ferdynanda Kiepskiego z polsatowego serialu. Obawiam się, że WZL-1 miałyby więc problemy ze skompletowaniem załogi do montażu śmigłowców. A gdyby brali „jak leci”, to ciekaw jestem, jaka byłaby jakość owych łódzkich produktów.

Najśmieszniejsze byłoby zaś to, że po jakichś maksymalnie pięciu latach trzeba by było tych ludzi zwolnić. Po zmontowaniu wszystkich 50 śmigłowców (a zapewne gdzieś ze 45, bo pierwsze z reguły dostarcza producent jako wzorce) dalszej pracy by nie było. Trzy zakłady śmigłowcowe w Polsce się nie utrzymają, a przecież mamy już dwa dwóch różnych firm: w Świdniku – AgustaWestland i w Mielcu – Sikorsky, jak żaden z europejskich krajów.

Samotna Anakonda

Jednym słowem: dobrze się stało, że Caracal odleciał. Mi-8 i Mi-17 jeszcze trochę posłużą, a my w tym czasie możemy zorganizować bardziej rozsądne zakupy wiropłatów. W zasadzie w najgorszej sytuacji jest Marynarka Wojenna, bo jej Mi-14 całkowicie znikną ze służby w 2017 roku, nie mając następcy. Głównie chodzi o śmigłowiec ratowniczy, bo jesteśmy zobowiązani do utrzymywania lotniczej służby ratowniczej na Bałtyku, a nie będzie czym. Marynarzom zostaje kilka mniejszych Anakond (ratownicza odmiana Sokoła) i koniecznie trzeba coś im teraz kupić, nawet śmigłowce używane. I to jest chyba jedyny negatywny aspekt zerwania negocjacji w sprawie Caracala.