W takiej atmosferze nie ma ustępstw w sprawie wody w dysputach z Chinami. Oba państwa potrzebują hydroenergii, oba starają się eksploatować zasoby wodne do maksimum. Oba są uzależnione od siebie. Na przykład w czerwcu 2000 roku, po katastrofie zapory na Yarlung Tsangpo, straszliwa powódź dotknęła nie tylko Tybet, ale również hinduski stan Arunachal Pradesh. Indie uznały, że powódź to chiński spisek, mający na celu sparaliżowanie dopływu wody do Indii. Dopiero wywiad satelitarny uspokoił nastroje.

Katastrofa miała jeden pozytyw: w 2002 roku kraje podpisały traktat o dzieleniu się informacjami w sprawach hydrologicznych i gospodarki wodnej. Niestety, z hinduskiego punktu widzenia dobra wola wyparowała ponownie w październiku 2012 roku, gdy Chiny podjęły budowę następnej zapory na Yarlung Tsangpo. Projekt przewiduje odwrócenie biegu rzeki i przesłanie części wody w stronę Chin, aby użyźnić zniszczoną erozją glebę. Dla Indii byłaby to klęska bowiem Brahmaputra wlewa się w rzeki Ganges i Padma, które są głównymi źródłami wody dla północnych Indii i Bangladeszu.

Współzawodnictwo między Chinami a Indiami w sprawach wodnych prowadzi również do znacznych zmian w środowisku naturalnym. Oba państwa kopią na potęgę, usuwając miliony metrów sześciennych ziemi i kamieni w celu budowy zapór hydroenergetycznych i racjonalizacji hydrologicznej zasobów wodnych. Matka Natura może się zemścić na obu stronach, bowiem obszary himalajskie znane są z dużej aktywności sejsmicznej. To nie wojna, ale trzęsienie ziemi może zakończyć się totalną dewastacją. Tak jak niedawno w Nepalu.
Przypomnijmy też, że Indie i Pakistan mają podobne spory graniczne w Kaszmirze, jak również okresowo wchodzą w spory związane z gospodarką wodną. Po okresie ostrych napięć w latach pięćdziesiątych traktat wodny w sprawie rzeki Indus z 1960 roku okazał się dość udanym kompromisem.

Jednak na tym odcinku zaiskrzyło ponownie w 2012 i we wrześniu 2016 roku. Nowe Delhi chce rewizji traktatu, Islamabad się opiera. Naturalnie wspiera go w tym Pekin. Od dawna Czerwony Smok jest tutaj partnerem strategicznym. Pakistan uważa Indie za głównego wroga. Utrzymuje sojusz z Chinami, które rozumieją, że ograniczenie możliwości Indii jest podstawą sukcesu geopolitycznego. Bez szachowania Indii Chiny nie mogą utrzymać swojej pozycji jako regionalny hegemon.

Geopolityczne sojusze

Czerwone Państwo Środka zdominowało właściwie wszystkich sąsiadów oprócz Indii i Rosji. Stąd Moskwa zawsze stara się utrzymywać poprawne stosunki z Nowym Delhi, nawet gdy się mizdrzy do Pekinu. A Indie wspierają kremlowską politykę środkowoazjatycką. Popierały nawet sowiecką inwazję na Afganistan, bowiem chce mieć tam zaprzyjaźniony rząd, aby podcinać Pakistan. Stąd Pakistan, z chińskim błogosławieństwem, sponsoruje talibów, aby mieć swoich u władzy w Kabulu i nie martwić się hinduskimi matactwami.

Chiny zgadzają się na to mimo zagrożenia radykalnym islamizmem, bowiem tym sposobem szachuje się Indie. Poza tym Pekin brutalnie rozprawia się ze swymi ujgurskimi kalifatystami. I zachęca postsowieckich tyranów w Azji Środkowej, aby czynili to samo. Ci zachęty nie potrzebują, zresztą taka sama jest polityka Moskwy.

Ale islamizm jest tylko małą częścią strategicznej mozaiki krajobrazu politycznego, w którym współzawodniczą ze sobą Indie i Chiny. Do gry coraz częściej włącza się Japonia, naturalnie po stronie Nowego Dehli. A USA pod Obamą praktykują leading from behind, czyli są właściwie nieobecne. Próbują naturalnie namawiać Indie do rozmaitych awantur, ale kraj ten ma własne interesy i zrobi to, co mu pasuje, a nie to, co podyktują z Waszyngtonu czy z Moskwy. Na razie Indie nie nastawiają się na wielki konflikt z Chinami, starają się o współpracę. Głównym zagrożeniem bezpośrednim dla Nowego Delhi jest na razie Islamabad. W każdym razie jest ciekawie.

Tytuł oryginału: Mecz Indie-Chiny