Prezydenci Turcj i Iranu fot. Wikipedia CC 4.0 autor: Tasnim News Agency

Autor: Marek A. Koprowski

Prezydent Turcji rzucił hasło budowy w regionie nowego sojuszu złożonego z Turcji, Rosji i Iranu. Te trzy kraje, jego zdaniem, są w stanie rozwiązać wszystkie kwestie sporne w rejonie Bliskiego Wschodu i przywrócić tam pokój. Jego oświadczenie wywołało lawinę komentarzy. Większość ekspertów uważa, że powstanie nowego trójstronnego sojuszu jest mało realne. W polityce nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Jak dowodzi układ Hitlera ze Stalinem, każdy sojusz, przynajmniej na krótka metę, jest możliwy.

Ponowne zbliżenie Rosji i Turcji wywołuje zarówno wśród polityków, jak i komentatorów spekulacje dotyczące następstw tego kroku, Najdalej, zdaniem obserwatorów, posunął się główny autor pojednania Turcji z Rosją, czyli prezydent Recep Erdoğan. Zaproponował on utworzenie trójstronnego sojuszu Turcji, Iranu i Rosji. Wielu ekspertów wątpi jednak, czy taki sojusz jest realny.

Mimo to – jak podaje irańska agencja IRNA – Erdoğan odbył telefoniczną rozmowę z irańskim prezydentem Hasanem Rouhanim, co samo w sobie jest już sensacją. Oba kraje do niedawna odnosiły się do siebie, delikatnie mówiąc, co najmniej wrogo. W rozmowie z irańskim prezydentem Erdoğan – według irańskiej agencji – oświadczył, że dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek Turcja, działając ręka w rękę z Iranem i Rosją, jest w toku współdziałania gotowa zająć się wszystkimi problemami regionu i zamierza zaktywizować wysiłki na rzecz przywrócenia w nim pokoju i stabilności.

Obaj przywódcy mieli w toku rozmowy omówić kwestie związane z nieudanym zamachem wojskowym w Turcji. Mieli też poruszyć sprawy związane z bezpieczeństwem w regionie. Podkreślili również, że są siły, którym nie odpowiada spokój w świecie islamskim. Prezydent Iranu miał dodać, że siłami tymi są nie tylko terroryści, ale i „niektóre mocarstwa”.

Czy Erdoğan blefuje?

Eksperci bardzo ostrożnie ocenili zwrot Erdoğana w stronę Iranu. Wielu sądzi, że turecki prezydent blefuje i perspektywą nowego sojuszu najzwyczajniej straszy Brukselę i Waszyngton, chcąc otrzymać od nich określone preferencje za jak najniższą cenę. Chce też pokazać Zachodowi, że ten nie robi mu żadnej łaski, bo on w każdej chwili znajdzie partnerów, dzięki którym umocni swą rolę w regionie. Erdoğan jest wściekły na Zachód, a zwłaszcza na Unię Europejską, że nie otrzymał od niej po próbie zamachu stanu, mającego na celu obalenie jego władzy, natychmiastowego i bezwarunkowego poparcia.

Jego wściekłość jest tym większa, że Zachód wzywa go do wstrzemięźliwości w rozprawie z przeciwnikami i przestrzegania demokratycznych wartości. Bruksela ostrzega go też, że jeżeli Turcja przywróci karę śmierci, to może zapomnieć o przyjęciu do UE. Biały Dom z kolei ostrzega, że jeżeli Erdoğan dalej będzie eskalował represje wobec przeciwników politycznych, Turcja może zostać wykluczona z grona państw należących do NATO.

Turecki prezydent wie, że w swoich antyzachodnich wystąpieniach może liczyć na poparcie swych ziomków. Trwający od 1987 roku proces akcesji Turcji do UE zmęczył jej mieszkańców. O ile jeszcze kilka lat temu za przyłączeniem Turcji do Unii opowiadała się większość obywateli, to w 2015 roku ich liczba zmniejszyła się z 75 do 20 procent! Przypuszczać można, że obecnie odsetek ten jest jeszcze niższy…
Obserwatorzy zwracają jednak uwagę, że Turcji nie stać na całkowite zerwanie z Zachodem. Przypominają, że na Unię Europejską przypada 65 proc. jej obrotów handlowych i nie da się szybko zmienić tego stanu rzeczy.

Taktyczne zbliżenie

Sojusz Rosji z Turcją też jest mało realny, bo oba państwa mają inne podejście do problemu Kurdów, a przede wszystkim do kwestii ustabilizowania sytuacji w Syrii. Dla Moskwy obecne zbliżenie z Ankarą ma charakter taktyczny, a nie strategiczny. Turcja nie zrezygnowała z planów odsunięcia w Damaszku od władzy klanu alawitów, z którego wywodzi się Baszar al-Asad, i osadzenia tam lojalnego wobec Ankary sunnickiego reżimu. Dla Rosji taki scenariusz jest nie do przyjęcia. Jej strategicznym celem jest utrzymanie Asada przy władzy.

Podobny cel ma także Teheran. Od czasu islamskiej rewolucji w Iranie w 1979 roku Syria jest jego jedynym sojusznikiem i Teheran za cenę sojuszu z Turcją jej nie sprzeda. W utrzymanie reżimu Asada Teheran włożył już ponad 5 mld dolarów! Udzielił mu też innej wielorakiej pomocy. Od początku współpracował także we wspieraniu Syrii z Rosją. Udostępnił jej dla walki z przeciwnikami Asada swoje terytorium i przestrzeń powietrzną.

Pragmatyczny sojusznik

Niedawno udostępnił dla potrzeb strategicznego lotnictwa Rosji bazę w Hamadanie. Skróci to drogę dla rosyjskich ciężkich bombowców T-22 M3 i asystujących im myśliwców Su-34 do celów w Syrii o 60 procent. Będzie ona wynosiła teraz 900 kilometrów, a nie 2150 kilometrów. Zwiększy to możliwości operacyjne rosyjskiego lotnictwa. Do współpracy z Rosją Teheran, zdaniem analityków, podchodzi bardzo pragmatycznie i już traktuje ją jako swego głównego sojusznika. Jak bowiem inaczej interpretować zgodę Teheranu na udostępnienie swojej wielkiej bazy rosyjskiemu lotnictwu, zdolnemu przenosić broń masowej zagłady?

Do Turcji Iran zawsze będzie podchodził z podejrzliwością. Musiałaby ona nie tylko wystąpić z NATO, ale zerwać specjalne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, co wydaje się mało realne. Teheran ma też za złe Ankarze bliskie stosunki z Arabią Saudyjską, która dla niego jest w regionie głównym wrogiem.
Oczywiście w stosunkach międzynarodowych nie należy wykluczyć żadnego scenariusza. Skoro Hitler zawarł sojusz ze Stalinem, to i Turcja może się dogadać z Iranem i Rosją. Na krótką metę jest to na pewno możliwe.