Samsung - największy z koreańskich czeboli fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Bjoertvedt

Polska miała stać się drugą Japonią. Nie wyszło. Tak naprawdę nawet nie podjęto prób wprowadzenia tej idei w życie. Następnie nasz kraj miał być drugą Irlandią. I znowu nie wyszło. Autorzy tych haseł nigdy nie pracowali w finansach, handlu czy w biznesie, nigdy też nie prowadzili żadnej firmy i w ogóle nie znali się na gospodarce. Można tylko się dziwić, że tak wiele osób uwierzyło w ich słowa.

Inaczej sprawa przedstawia się w przypadku obecnej ekipy, która chce iść śladami Republiki Korei i zrobić z Polski drugą Koreę. Główny wykonawca tej idei, wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki, to biznesowy profesjonalista z bardzo wysokiej półki, który ma wizję reform i chce je oprzeć na koreańskim modelu gospodarczym.

Ma w tym poparcie swojego politycznego mentora, Jarosława Kaczyńskiego. Czytając jednak wypowiedzi różnych polityków i publicystów, odnosi się wrażenie, że naśladowanie koreańskiego modelu gospodarczego sprowadzają oni do tzw. repolonizacji gospodarki oraz do budowania silnych grup kapitałowych na wzór koreańskich koncernów zwanych czebolami, takich jak Samsung czy Hyundai, zupełnie abstrahując od warunków i anatomii koreańskiej reformy.

Koreański start od zera

Od zera do bohatera. To powiedzenie jak najbardziej pasuje do gospodarczego rozwoju Republiki Korei, potocznie nazywanej Koreą Południową. To kraj wielkiego cudu gospodarczego w XX wieku.

Kiedy skończyła się II wojna światowa i Korea rozpadła się na dwie części, Korea Południowa znalazła się w znacznie gorszym położeniu niż komunistyczna północ. Porównując teraz oba koreańskie państwa, trudno w to uwierzyć, ale wtedy to komunistyczna KRLD była bogatsza od biednego południa. Na północy było o wiele więcej bogactw naturalnych. Tam był bez porównania większy i bardziej nowoczesny przemysł, który rozbudowali Japończycy, traktując te tereny jako swoją przemysłową bazę.

Północ też historycznie i kulturowo była uważana za rdzeń koreańskiego państwa. Wojna koreańska (1950-1953) ponadto do głębi zniszczyła ten z definicji bardzo ubogi kraj. Dekadę po wojnie Korea Płd. należała do grona najbiedniejszych, rolniczych państw świata. PKB per capita wynosił 80 dolarów. Ludność nierzadko cierpiała głód. Państwo nawet nie było w stanie się samo utrzymać.

Dzięki międzynarodowemu wsparciu finansowemu mogły funkcjonować instytucje państwowe. Ta pomoc zresztą była w znacznej części rozkradana przez skorumpowanych urzędników. To, czego nie rozkradziono, przejadano. Nie inwestowano w miejscową produkcję, więc środki pochodzące z zagranicznej pomocy przeznaczano na import dóbr konsumpcyjnych.

Import był kilka razy większy od eksportu. Nic dziwnego, że instytucje międzynarodowe badające stan państwa nie widziały możliwości poprawy gospodarczego stanu w perspektywie kilkunastu lat.

Sytuacja zmieniła się na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, kiedy w drodze zamachu stanu władzę objął gen. Park Chung-hee. Przez niemal 20 lat rządził Koreą i jemu przypisuje się autorstwo cudu gospodarczego tego kraju.