Federal_Open_Market_Committee_Meeting fot. domena publiczna

Autor: Jakub Wozinski

W czasie obrad Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku, odbywających się w amerykańskiej stolicy, zadecydowano o stworzeniu nowych dolarów.

Podobne decyzje szacowny komitet podejmował już setki razy, dlatego całe wydarzenie wyglądało na bardzo rutynowe. Amerykański bank centralny założono w 1913 roku i cały świat zdążył się już na tyle przyzwyczaić do jego szczególnych mocy, iż decyzję o obniżeniu stopy funduszy federalnych przyjęto bez większych emocji.

Zazwyczaj gdy człowiek staje się nagle właścicielem ogromnej sumy, okazuje równie ogromną radość, entuzjastycznie wyrażaną gestami, słowami czy też tańcem. Tymczasem członkowie komitetu zachowali się bardzo powściągliwie, by nie powiedzieć: sztywno. W blasku kamer i fleszy ogłosili światu swoją decyzję i zwyczajnie się rozeszli. A przecież właśnie zadecydowano o tym, że z niczego pojawiły się pieniądze – i to liczone w miliardach dolarów!

Po ogłoszeniu decyzji pracownicy Rezerwy Federalnej uroczyście dopisali na kontach specjalnie wyselekcjonowanych i zaufanych banków świeżo upieczone dolary. Uczynili tak w zamian za obligacje amerykańskiego skarbu państwa, które cieszące się wielką reputacją banki uzyskały wcześniej po preferencyjnej cenie od Departamentu Skarbu. Nowe pieniądze zasiliły więc zarówno amerykański budżet, jak i amerykańskie banki.

Departament Skarbu pospiesznie przekazał uzyskane w ten sposób środki Departamentowi Obrony (który kiedyś nazywał się Departamentem Wojny, ale przecież instytucja niosąca zbrojnie pokój całemu światu nie może mieć tak złowrogiej nazwy, prawda?). Wojskowi pospiesznie przelali pieniądze na konta Piątej Floty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonej, przebywającej od dłuższego czasu w Zatoce Perskiej. Załogi 10 lotniskowców trzeba wszak nakarmić, przyodziać i wyposażyć w nowoczesną broń, gdyż narody Bliskiego Wschodu bardzo pragną demokracji.

Zostawmy jednak amerykańskie wojsko, bo gdy dowie się o naszych spekulacjach, zechce jeszcze rozlokować swoje lotniskowce na Bałtyku; zamiast tego powróćmy do dolarów, które za sprawą dokonanego w Waszyngtonie cudu pojawiły się na kontach największych amerykańskich banków. Pieniędzy tych nie zdążono jeszcze nawet wydrukować, a już wzbudzają ogromne poruszenie.

Banki mają to do siebie, że lubią się dzielić i nie zakopują swoich „talentów” w ziemi, aby tam się marnowały. Dodatkowe środki przekazały więc natychmiast na kredyty dla swoich licznych klientów. Pomijając kredyty dla zwykłych Kowalskich i sektora małych przedsiębiorstw, najwięcej pieniędzy pożyczyły tradycyjnie „inwestorom”. „Inwestorzy” pożyczyli zaś po to, by inwestować na giełdzie, bo tam można najwięcej zarobić.

Niektórzy inwestorzy ulokowali środki w firmach z branży informatycznej, które dla zwykłych śmiertelników produkują portale społecznościowe i aplikacje na smartfony, lecz najwięcej pieniędzy zgarniają za pomoc w tworzeniu systemów szpiegowskich i inwigilacyjnych dla amerykańskiego państwa. Prasponsorem wszystkich inwestycji jest wszak Waszyngton, któremu trzeba się odwdzięczyć za nadzwyczaj pomyślne interesy.

Niektórzy inwestorzy skorzystali ze świeżo stworzonych dolarów, grając na rynku kontraktów terminowych przy pomocy tzw. dźwigni. Metodę tę stosuje m.in. niejaki George Soros, który dzięki poufnej wiedzy uzyskiwanej od znajomych w kręgach władzy najczęściej nie myli się, stawiając na spadek lub wzrost kursu określonych instrumentów finansowych. Pomysłowy George wykorzystał później pomnożone w ten sposób dolary do prowadzenia skrajnie lewicowej propagandy w całej Europie, Azji i Afryce. Dzięki sprytnemu inwestorowi ruchy LGBT oraz fundacje sprzyjające aborcji, przymusowej integracji z uchodźcami czy też integracji europejskiej nigdy nie narzekają na brak środków.

Niektórzy inwestorzy ulokowali środki w amerykańskich korporacja ch, które nasycone w ten sposób dolarami utrzymały globalną dominację nad konkurencją z innych krajów. Wiele z nich zleciło produkcję w Chinach czy Wietnamie, gdzie miliony osób pracuje od rana do nocy za biedapensje, wytwarzając produkty konsumowane później po drugiej stronie Pacyfiku i gdzie indziej.

O – i prawie byśmy zapomnieli! Świeżo upieczone dolary posłużyły wreszcie do tego, żeby kupić na Bliskim Wschodzie ropę naftową. Co prawda zazwyczaj kupując towary w danym kraju, płaci się w jego walucie, lecz kraje z regionu Zatoki Perskiej, spoglądając w kierunku Piątej Floty, od wielu lat najczęściej nie robią problemów i akceptują amerykański pieniądz. Ostatecznie nie wychodzą na tym aż tak źle, gdyż wznoszą najwyższe wieżowce świata oraz wydają miliony na luksusowe auta czy jachty.

A gdyby ktoś chciał zarzucić bliskowschodnim bogaczom, że są niehonorowi i że pozwalają Stanom Zjednoczonym robić z siebie użytecznych idiotów, to ich odpowiedzią na tak postawiony zarzut jest przekazywanie części zarobionych dolarów na rzecz terrorystycznych ugrupowań islamskich, które mówią otwarcie to, co ich sponsorzy z Zatoki Perskiej boją się powiedzieć głośno w obecności amerykańskich lotniskowców.

Na koniec wspomnijmy też o tych inwestorach, którzy świeżo dopisane na koncie dolary zainwestowali w zakup polskiego długu. Polskie obligacje nie stanowią być może zbyt atrakcyjnego instrumentu do inwestycji, lecz umieszczone w portfelu z innymi papierami raczej nikomu nie zaszkodzą. I w ten właśnie sposób dokonuje się w Polsce dobra zmiana, w ramach której miejscowy rząd finansuje m.in. program oferujący zasiłki zachęcające do porzucenia pracy… – przepraszam najmocniej: wspierające dzietność.

Odkręcony w Waszyngtonie kurek z pieniędzmi tworzy swego rodzaju życiodajny strumień, który rozlewa się po całym świecie. Dzięki temu strumieniowi półki w sklepach są zawsze pełne towarów wyprodukowanych przez globalne korporacje, amerykańscy sołdaci pilnie czuwają nad losami pokoju na całym świecie, amerykańskie służby specjalne inwigilują wszystko, co się rusza, środkowoeuropejskie rządy wydają pieniążki na swój wymarzony socjal, wielkie fundusze inwestycyjne osiągają liczone w miliardach zyski, pan Soros finansuje homoterroryzm, w Stanach Zjednoczonych nigdy nie brakuje ropy, a i dla dżihadystów starczy na przygotowanie krwawego zamachu dla pognębienia niewiernych, chrześcijańskich psów.

W umyśle niejednej osoby mogłaby się więc pojawić obawa o to, czy biedna Ameryka nie zostanie poszkodowana przez to, iż jej bogactwo zostanie roztrwonione. Tu Arabowie budują ogromne wieżowce, tam Izraelici budują przy pomocy bezzwrotnych datków od Kongresu potężną armię. Jeśli czegoś jest zbyt wiele, to traci na znaczeniu i wartości – czy nie podobnie powinno być z dolarem?

Bez obaw, przypomnijmy sobie tylko Piątą Flotę stacjonującą w Zatoce Perskiej, która sprawia, że zdecydowana większość narodów świata czuje się zobowiązana do tego, aby zapłacić za ropę w dolarach, a nie np. w euro. Gdziekolwiek więc rozeszłyby się coraz liczniejsze dolary, i tak powrócą do Waszyngtonu i Nowego Jorku poprzez Bliski Wschód. Obsypani stosami dolarów szejkowie budują sobie imitacje Manhattanu, kupują kluby piłkarskie, sponsorują dżihadystów, ale ostatecznie i tak nic nie poradzą na to, że Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku drukuje wciąż kolejne banknoty, które leżąc na kontach, znaczą coraz mniej. Nie chcąc przegrać w tym wyścigu, Arabowie muszą więc lokować swoje dolary w specjalnych funduszach inwestycyjnych, które obracają miliardami m.in. na amerykańskich giełdach. I tak właśnie zamyka się nasz nowoczesny finansowy łańcuch pokarmowy.

Aż strach więc pomyśleć, co by się stało, gdyby pewnego dnia w Waszyngtonie zaprzestano tzw. operacji otwartego rynku, a amerykańskie lotniskowce powróciły z wycieczkowego rejsu do Zatoki Perskiej. Czy wtedy Państwo Islamskie nadal organizowałoby zamachy? Czy projekt społeczeństwa otwartego ległby w gruzach? Czy amerykańskie korporacje straciłyby pozycję na rynku? Czy ruch LGBT miałby środki na swoją działalność? Czy w Dubaju wznoszono by kolejne wieżowce? Czy świat nadal uważałby, że największym zagrożeniem dla pokoju jest Władimir Putin?