Wspólczesni Indianie, Seatlle, stan WAshington fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Joe Mabel

Autor: Marek Jan Chodakiewicz

Socjalizm w USA ma się dobrze. W tym przede wszystkim w rezerwatach dla tubylców, o czym za chwilę. Na razie o ogólnoamerykańskim kontekście. Socjalizm prosperuje nie tylko dlatego, że Franklin Delano Roosevelt zainicjował go w formie New Deal, Lyndon Johnson Baines Johnson wzmocnił w Great Society, a Barack Hussein Obama kontynuuje w swoich „reformach” ochrony zdrowia.

Zwykle wymówką do rozrostu rządu jest „bezpieczeństwo narodowe”, a szczególnie wojna. Amerykanie dawniej rozumieli to doskonale. Dlatego na przykład po wojnie o niepodległość rozwiązano, cokolwiek było można, popędzono pracowników rządu federalnego, ograniczono do minimum liczbę zatrudnionych w rządach stanowych, a po powiatach pełniący funkcję wybieralni przedstawiciele ludu unikali przyjmowania do pracy kogokolwiek, aby wyborcy nie wytarzali ich w słomie i pierzu i nie wynieśli z miasta na belce.

Nawet w czasie wojny między stanami wydziwiano na junta up in Washington. Rząd federalny rozrósł się bowiem do – jak mniemano – niebotycznych rozmiarów. W samym Białym Domu zatrudniano bodaj 120 osób. Skandal! Natychmiast po wojnie pozwalniano większość, sprawy wróciły do minimalistycznej normy. Zlikwidowano też chyba większość instytucji związanych z prowadzeniem wojny, na przykład wywiad i kontrwywiad. Zresztą w dużym stopniu funkcje te powierzono podczas konfliktu prywatnej agencji detektywistycznej Pinkertona, której pracownicy mieli też chronić prezydenta Abrahama Lincolna. Im też kontraktu nie przedłużono.

Obywatele rozumieli, że każdy rozrost instytucji państwowej odbywa się kosztem podatnika. A wojny mnożą biurokrację państwową. Stąd regułą w USA był izolacjonizm. Nawet teraz jest popularny wśród ludu, chociaż nie wśród większości elity. Co najmniej od I wojny światowej rząd federalny stale rośnie, a wraz z nim biurokracja. Nawet za czasów mego ulubionego prezydenta Ronalda Reagana. Stołeczny Waszyngton do lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia to było senne, południowe miasteczko. Teraz coraz bardziej upodabnia się to miasto do biurowo-państwowej stolicy świata. I stara się regulować niemal każdy aspekt życia obywateli, jak Pan Bóg NIE przykazał.

A w tym i potomków podbitych tubylców, czyli Indian, albo – jak ich obecnie zwą – native Americans. Zwykle o Indianach słyszymy, gdy prawdziwi czy wydumani tubylcy usiłują odcinać kupony od takiego pochodzenia i robić karierę. W taki sposób lewaczka Elisabeth „Pocahontas” Warren została profesorką na Harvardzie. Twierdziła, że jest w 5% czy 10% native American. No i zaraz dostała punkty za pochodzenie. A potem – szust do Senatu.

Gorzej z prawdziwymi Indianami. Od początku Ameryka nie miała wizji strategicznej wykraczającej poza to, że koloniści z Anglii wyzyskiwali ich w rozmaity sposób. Niektórzy historycy twierdzą, że podejście do Indian było oparte na polityce wypracowanej wobec podbitych katolickich Irlandczyków. U tych kooptowano elitę, która stopniowo przechodziła na protestantyzm, a potem opuściła własny lud. Oprócz tych z irlandzkiej szlachty naturalnie, którzy wszczynali bunty i zostali wyrżnięci. Zbuntowane klany izolowano i niszczono, często za pomocą miejscowych irlandzkich kolaborantów. Konfiskowano ziemię, jak również przesiedlano lud. A następnie pauperyzowanych marginalizowano oraz – gdy organizowali rebelie – zabijano, więziono bądź deportowano zarówno wewnątrz Irlandii, jak również na inne kontynenty, szczególnie do Australii.

Jeśli chodzi o północnoamerykańskich Indian, to koloniści angielscy brali od nich żywność, wchodzili w taktyczne przymierza przeciw innym plemionom, zabijali im zwierzynę łowną, karczowali lasy i zaprowadzali porządki rolnicze, co powodowało kurczenie się naturalnego habitatu. Stąd Indianie – pozbawieni źródła pożywienia – napadali na gospodarstwa rolne Europejczyków. Albo porzucali swoje okolice i wyprowadzali się dalej na zachód.