Wielki muffi Jerozolimy Amin-al_Hussein i Adolf Hitler fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Heinrich Hoffmann

Autor: Jakub Wozinski

Zachód zawsze grał islamem. A świat islamu ma zupełnie inną ocenę sytuacji niż ta, którą nam się serwuje w telewizji. XXI wiek prezentuje się jak dotąd jako okres, w którym islam wystawia cywilizacji Zachodu krwawy rachunek za wielowiekowe instrumentalne traktowanie.

Obserwując ostatnimi czasy coraz częstsze doniesienia medialne informujące o kolejnych zamachach terrorystycznych dokonywanych na zachodzie Starego Kontynentu, można nieraz odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach apokaliptycznych. Europa wpuściła na swoje terytorium miliony wyznawców Allaha, wśród których potencjalnym zamachowcem może być praktycznie każdy. Jednocześnie elity polityczne zachowują się wciąż tak, jak gdyby nic się nie stało. Postchrześcijańska ludność Europy wymiera, za to muzułmanie biją wciąż rekordy dzietności, co skłania do wniosku, iż za kilka pokoleń nasz kontynent będzie już faktycznie kontrolowany przez wyznawców najbardziej demonicznej religii na świecie.

Biorąc pod uwagę chrześcijańskie korzenie Europy, obecna sytuacja może się wydawać czymś bezprecedensowym. Nawet w czasach oświecenia, gdy Europa po raz pierwszy masowo odeszła od Boga, islam był uważany za jednoznaczne zagrożenie. Zajadłym krytykiem religii mahometańskiej był nawet jeden z głównych „dekonstruktorów” chrześcijańskich źródeł Europy, David Hume, który nazwał Mahometa „udawanym prorokiem”. Zdaniem jednego z najważniejszych empirystów w historii filozofii, proponowana przez założyciela islamu pochwała „zdrady, bestialstwa, okrucieństwa, zemsty i fanatyzmu jest całkowicie nie do pogodzenia z cywilizowanym społeczeństwem”.

Choć Europa podążyła wiernie szlakiem wytyczonym przez Hume’a (tj. rezygnując z prawa naturalnego czy też racjonalnych zasad etycznych), najwyraźniej nie wzięła sobie do serca jego opinii na temat religii powstałej na Półwyspie Arabskim.

Pomimo tradycyjnej, posiadającej głębokie i słuszne uzasadnienie wrogości wobec islamu, Europa przestała się współcześnie przed nim bronić. Zamiast tego stała się wobec niego uległa i bierna – takie przynajmniej można odnieść wrażenie.

Wniknąwszy jednak w historię relacji Zachód-islam, dostrzec można nieco bardziej skomplikowany obraz niż ten, który widzimy na podstawie wydarzeń z ostatnich lat. Relacje te były bowiem zawsze skrajnie wyrachowane i pragmatyczne. Co więcej, choć Europa była niegdyś bardziej chrześcijańska niż obecnie, zawieranie strategicznych sojuszów z islamem nie należało do rzadkości, a nawet stanowiło chleb powszedni polityki głównych mocarstw.

Chrześcijańska Europa budowała swoje zręby w czasie, gdy na Półwyspie Iberyjskim funkcjonował potężny Kalifat Kordoby, zaś w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie dominowało imperium Fatymidów. Ziemie podległe muzułmanom posiadały strategiczne znaczenie handlowe, dlatego od samego początku koniecznością stało się utrzymywanie związków komercyjnych. Przez kilka wieków najbardziej zażyłe kontakty z muzułmanami utrzymywały państwa włoskie, a w szczególności Wenecja, która wobec kłopotliwego z religijnego punktu widzenia sojuszu starała się nawet zachować niezależność własnych struktur kościelnych, tak aby papież nie czynił jej żadnych problemów.