Prezydent Duterte i prezydent Xi Jinping fot. domena publiczna autor: King Rodriguez

Autor: Wojciech Tomaszewski

Porównywanie się z Adolfem Hitlerem jest dla polityków naszego kręgu cywilizacyjnego jak pocałunek śmierci. Daleko od nas, ale w kraju, który jest słusznie uważany za jedną z ostoi katolicyzmu, znalazł się polityk bardzo wysokiej rangi, który nie tylko nie potępia Hitlera, ale jawnie powiedział, że chce go naśladować. To prezydent Filipin, Rodrigo Duterte.

W końcu września 2016 r. filipiński prezydent powiedział: „Niemcy miały Hitlera, a Filipiny będą miały…” – po czym palcem wskazał na siebie. Ta szokująca wypowiedź odnosi się do eksterminacji handlarzy narkotyków, narkomanów i całego narkobiznesu, z którym Duterte walczy od lat, od czasu kiedy był burmistrzem miasta Davao. Duterte następnie dodał, że „będzie szczęśliwy, jeśli uda mu się wymordować miliony narkomanów i handlarzy narkotyków”.

Prezydent nawet dokładnie określił, jaką liczbę ludności chce pozbawić życia. „Hitler zamordował 3 miliony Żydów (…). W naszym kraju są 3 miliony narkomanów” (faktyczna liczba ofiar Holokaustu to 6 mln Żydów). Sam z dumą powiedział, że w okresie kiedy był burmistrzem Davao, był przez lokalnych krytyków określany jako „kuzyn Hitlera”. Te szokujące zdania nie zostały wypowiedziane przez jakiegoś dyktatora z bantustanu czy politycznego psychola w rodzaju Idiego Amina, lecz przez demokratycznie wybranego prezydenta. Nic dziwnego, że wywołały polityczną burzę w świecie. Zaprotestowali Niemcy oraz oczywiście Żydzi. Przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder, zażądał przeprosin i określił wypowiedź Duterte jako odrażającą.

Prezydent szybko się zreflektował i przeprosił żydowską społeczność za to porównanie, wyjaśniając, że nie miał zamiaru naruszyć pamięci 6 milionów zamordowanych Żydów. Jednakże myliłby się ktoś zakładający, że Duterte zrezygnował tego powodu ze swoich metod rozprawy ze światem narkotyków. Prezydencki rzecznik, Ernesto Abella, potwierdził, że prezydent nadal uważa, iż zabicie 3 milionów handlarzy narkotyków i narkomanów byłoby rzeczą słuszną. Rzecznik dodał, że ta bezlitosna walka ma na celu uwolnienie przyszłych pokoleń Filipińczyków od tej straszliwej plagi.

Kim jest Duterte

Warto poświęcić kilka słów prezydentowi Duterte, ponieważ jest on nie tylko wyjątkowo niekonwencjonalnym przywódcą – zarówno w dobrym, jak i przede wszystkim złym tego słowa znaczeniu. Jest także przedstawicielem nowej generacji polityków, którzy coraz częściej będą zdobywali władzę w różnych krajach. To politycy, którzy mówią „nie” bełkotowi politycznej poprawności i władzy skostniałej oligarchii, ukrywającej się za parawanem wzniosłych słów o demokracji i równości. To politycy, którzy będą chcieli wyprowadzić swoje kraje z kryzysu trwającego w świecie z większym lub mniejszym natężeniem od 2008 roku.

To oni wypowiadają wojnę tej lewicowo-liberalnej oligarchii, która swoimi nieudolnymi i chciwymi rządami wpędziła niemal cały świat w ów kryzys. Nie znaczy to, że sami są postaciami bez skazy. Nieraz jest wręcz odwrotnie. Duterte budzi swoimi wypowiedziami ogromne kontrowersje. Podczas kampanii prezydenckiej używał brudnych trików. Przypisał premierowi Singapuru rzekomą pochwałę swojej osoby, wulgarnie dowcipkował na temat australijskiej misjonarki zgwałconej i zamordowanej przez islamskich terrorystów, groził że zerwie stosunki dyplomatyczne z USA i z Australią, nazwał papieża „skur***”.

Duterte pochodzi z biednego południa Filipin. Jego ojciec był tam gubernatorem jednej z prowincji na wielkiej wyspie Mindanao, a on sam przez wiele lat sprawował funkcję wiceprokuratora, wiceburmistrza i burmistrza największego miasta tej wyspy, Davao. Tam dał się poznać jako bezwzględny pogromca narkotykowej mafii, nazywany „filipińskim Brudnym Harrym” lub „The Punisher”. Podczas jego długich rządów zginęło w mieście, jak się ocenia, 1,5 tysiąca osób – zlikwidowanych zarówno przez policję, jak i przez jego zwolenników. To głównie narkotykowi dilerzy i narkomani oraz uliczne dzieci.