Gen. Wojciech Jaruzelski ogłaszajacy stan wojenny fot. domena publiczna

Tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego w sobotę byłem na imprezie u koleżanki Basi. Impreza szybko zmieniła się w rozważania, „kiedy to będzie”. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że starcie jest nieuniknione.

Nasza gospodyni, bardzo wrażliwa dziewczyna w pewnym momencie przestała panować nad sobą i powiedziała: „przestańcie mówić o tych sprawach, ja mam dość słuchania tego”.

Ja wtedy osobiście zakładałem, że uderzenie nastąpi w nocy z piątku na sobotę, ponieważ myślałem, że w tym czasie przez 2 dni nie będzie pracowników w zakładach pracy, więc akcja przeciwko tym największym fabrykom skupiającym kilkanaście tysięcy ludzi będzie dla władzy korzystniejsza.

W następną sobotę 12 grudnia 1981 r. też byłem na imprezie, ale u innej koleżanki. Tam byli moi najlepsi przyjaciele, z którymi przyjaźniłem się przez całe studia. Koleżanka mieszkała na ulicy Senatorskiej w Warszawie, która dochodzi do ulicy Rakowieckiej na wysokości MSW.

Około północy pożegnaliśmy się i wyszliśmy z jej domu. Doszliśmy od Rakowieckiej. Spojrzałem na gmach MSW, ale tam było cicho i światło paliło się zaledwie w kilku oknach. Odetchnąłem z ulgą, pomyślałem, że to jeszcze nie teraz. Kolega (Jacek Trela – obecnie prezes Naczelnej Rady Adwokackiej) złapał taksówkę i w trójkę z jego dziewczyną pojechaliśmy do Śródmieścia. Taksówkarz pojechał ul. Rakowiecką, a potem skręcił w al. Niepodległości na wysokości SGPiS (obecnie SGH). Dojechaliśmy do Dworca Centralnego i tam wysiadłem.

Gdybyśmy do dworca pojechali nie alejami Niepodległości, tylko Marszałkowską, to zobaczylibyśmy na Placu Zbawiciela, jak ZOMO otacza siedzibę Solidarności na ul. Mokotowskiej.

Ponieważ było dość zimno, to czekając na nocny autobus, wszedłem do Dworca Centralnego. Tam wtedy jakiś mężczyzna wziął słuchawkę telefonu, który stał w dworcowej hali i krzyknął: „już odcięli telefony”. Pomyślałem sobie, że to jakiś przewrażliwiony lub wypity. To było kilka minut po północy.

Nocnym autobusem pojechałem do domu, na Ochotę. Wysiadłem przy ulicy Wery Kostrzewy (obecnie ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r.) Przeszedłem ulicę Wery i idąc ul. Grójecką przy piwiarni Antałek (obecnie restauracja Van Binh) skręciłem w ulicę Opaczewską i zdębiałem. Niemal na całej długości ul. Opaczewskiej, od Grójeckiej do komendy dzielnicowej stały milicyjne pojazdy. Zaraz skręciłem w bok i szybko dotarłem do domu. Domowy telefon już nie działał. Obudziłem rodziców i powiedziałem, co się stało. Rodzice, którzy widzieli znacznie gorsze rzeczy (ich młodość przypadła na okres IIWŚ) przyjęli to wszystko dość spokojnie.

W nocy spałem „bardzo nerwowo”, mimo że ze snem w zasadzie nie mam problemów. Obudziłem się o wpół do siódmej i od razu włączyłem telewizor. Nie było programu, tylko jakaś cicha, poważna muzyka. Wkrótce wystąpił gen. Jaruzelski.

Po śniadaniu wyszedłem z tatą na spacer. Na ul. Grójeckiej było dużo ludzi, znacznie więcej niż w zwykłe niedzielne przedpołudnie. Wisiały już ogłoszenia o stanie wojennym. Następnie pojechałem do koleżanki Basi, informując ją o stanie wojennym. Nie uwierzyła. Wkrótce przyjechał drugi kolega i powtórzył to, co ja powiedziałem. Basia poprosiła, żebyśmy odprowadzili ją do jej rodziców.

Odbyliśmy długi spacer ze skrzyżowania ul. Rakowieckiej i Żwirki Wigury do okolic SGPiS. Jej ojciec był profesorem na tej uczelni. Tam, w mieszkaniu jej rodziców, długo dyskutowaliśmy. Jej ojciec, partyjny profesor nie był bynajmniej zachwycony tym, co się stało. Basia, która zawsze stała z dala od polityki, tym razem zdecydowanie zareagowała, bezlitośnie krytykując komunistów.

W poniedziałek pojechałem do pracy. Tam już „na dzień dobry” kierowniczka działu zorganizowała zebranie i ogłosiła nam zasady pracy w stanie wojennym.