Proeuropejska demostracja w Kiszyniowie fot. Wikipedia CC 3.0 autor: tolea93

Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy rumuńsko-mołdawskiej to znaczniej mniej zatłoczone drogi niż w Rumunii, nie wspominając o Polsce. Właściwie to eufemizm. Drogi międzymiastowe (szczególnie na południu kraju) są niemal całkowicie puste. Jadąc pomiędzy Kagułem a Komratem (stolicą autonomicznej Gagauzji, najbiedniejszego regionu Mołdawii) można się poczuć, jakby się wróciło co najmniej do początków lat osiemdziesiątych w PRL-u.

Zamiast paskudnych ekranów dźwiękochłonnych, z jakimi niestety mamy do czynienia w unijnej Polsce, w Mołdawii wzdłuż szerokich dróg, często bez znaków poziomych oddzielających kierunki jazdy, rosną drzewa. Wygląda to przepięknie i pozytywnie wpływa na samopoczucie kierowcy. Za pojedynczym szpalerem drzew po obu stronach jezdni, aż po horyzont, w lipcu można podziwiać wielokolorowe pola: zielone winnice i pola kukurydzy, żółte słoneczniki, złote siano, czarne zaorane pola. Na dodatek niemal w całym kraju ukształtowanie terenu jest pagórkowate, co powoduje, że kilkaset metrów samochód jedzie pod górę, by następnie przez podobną odległość staczać się w dół i ponownie wjeżdżać na kolejny pagórek.

Czegoś brakuje

Nie ma monotonii (także dzięki przydrożnym sprzedawcom arbuzów i melonów), a kolejne wsie lub małe miasteczka pojawiają się nie częściej niż co kilka-kilkanaście kilometrów. Przy wyjeździe z nich tradycyjnie machają rękami autostopowicze. Kiedy podwiozłem jedną kobietę na odcinku 12 kilometrów między miejscowościami Cimişlia i Mihailovca, wyciągnęła 5 lei, by mi zapłacić. Taki zwyczaj. Odmówiłem.
Jedynie nie całkiem równy asfalt powoduje, że kierowca bardziej niż na sielskie pobocze musi większą uwagę zwracać na jezdnię. – Czegoś mi tu brakuje – zacząłem się zastanawiać, jadąc od rumuńskiej granicy w głąb Mołdawii. – Tylko czego? – dodałem sobie w myślach.

Po chwili już wiedziałem: nie ma tu szpecących krajobraz unijnych tablic propagandowych! Kontrast w tym zakresie jest szczególnie olbrzymi w porównaniu z sąsiednią Rumunią. Na Słowacji i na Węgrzech można spotkać sporo przydrożnych tablic informujących o wykorzystaniu funduszy Unii Europejskiej, ale liczba takich plansz, zaśmiecających krajobraz w prounijnej Rumunii (gdyby w Rumunii odbyło się referendum, to aż 77 proc. głosujących opowiedziałoby się za pozostaniem w UE), jest być może nawet większa niż w Polsce. Na każdym dosłownie kroku – w miastach, miasteczkach i we wsiach, przy drogach i na pustkowiach, przy różnych „inwestycjach”, wszędzie.

O czym one informowały? Na przykład w Hunedoarze za ponad pół miliona lei wybudowano ze współfinansowaniem unijnym budynek informacji turystycznej z panelami słonecznymi. W środku kobieta z zepsutymi zębami zionęła tytoniem – miała oczywiście biurko z komputerem i skromne dwa rodzaje ulotek o mieście. Nic więcej. Nie była w stanie zaoferować ani ulotek o okolicy, ani nawet wiedzy o pobliskich górach Retezat, które zaczynają się zaledwie 20 kilometrów od Hunedoary! Z kolei do ruin trackiej twierdzy Sarmizegetusa Regia prowadzi nowiutka 15-kilometrowa droga asfaltowa, wybudowana z funduszy unijnych za ponad 41 mln lei, o czym informuje (kilkanaście!) mijanych tablic. Droga została oddana do użytku zaledwie kilkanaście tygodni wcześniej. Prowadzi przez pustkowia (góry) wyłącznie do tego rezerwatu archeologicznego na świeżym powietrzu. Ciekawe w jaki sposób przyczyniła się do dobrobytu Rumunów – poza wykonawcami tej inwestycji drogowej.

Widać, co państwowe

Mołdawia, której mieszkańcy są bardzo podzieleni w sprawie ewentualnego członkostwa ich kraju w Unii Europejskiej (lub integracji z tworzoną przez Rosję Euroazjatycką Unią Celną), jest od unijnych tablic propagandowych (jeszcze) całkowicie wolna! Zamiast ekranów dźwiękochłonnych i unijnych plansz są piękne krajobrazy (gdzieniegdzie tylko błyszczy się w słońcu sowiecki czołg na postumencie). Nieco gorzej jest w miastach, gdzie na ulicach nie udaje się utrzymać porządku (tak jak na przykład na Białorusi). Z brudnymi ulicami kontrastują natomiast czyste, często niezwykle oryginalne wystrojem kawiarnie i klimatyczne restauracje (szczególnie w dużych miastach, jak Kiszyniów, Tyraspol czy Bielce).

Choć właściwie lokale gastronomiczne można podzielić na trzy rodzaje: poza wymienionymi wyżej klimatycznymi knajpkami są powszechnie obecne także bary-speluny oraz postkomunistyczne restauracje-molochy (np. w Rezinie czy Kagule) już niezbyt dobrze utrzymane, jeśli chodzi o czystość. Podobnie w postkomunistycznych hotelach karaluchy są codziennością (w stolicy!), a prywatne pensjonaty oferują pod tym względem najwyższy światowy poziom (czy to w Komracie, czy w Rezinie). Granica pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym jest w Mołdawii aż nadto dobrze widoczna.