Bartolome de las Casas fot. Domena publiczna

Autor: Adam Wielomski

Podczas moich częstych pobytów w niemieckich bibliotekach zdarza mi się zaglądać na półki działu „Prawo”. W części bibliotek znajduje się minidział „Menschenwürde” („Godność człowieka”). Jest to subdyscyplina w niemieckiej filozofii prawa, nauczająca, że każdemu człowiekowi z samego faktu, że jest człowiekiem, przysługują uprawnienia. Są one opisane w prawach człowieka i uchwalone przez rozmaite ONZ-y i podobne im instytucje międzynarodowe zajmujące się podlewaniem „mowy-trawy”.

Prawnicy nie są biegli w filozofii i nigdy nie umieli powiedzieć, skąd się wzięła „przyrodzona godność człowieka”, poza stwierdzeniem, że ojcem pojęcia był Immanuel Kant. Kiedy pytamy prawników, na jakiej podstawie twierdzą, że człowiek ma przyrodzoną „godność”, to rozkładają ręce. Część wprost przyznaje, że nie wie, ale trzeba się z tą „przyrodzoną godnością człowieka” liczyć, bo zbrodnie nazizmu, bo zbrodnie stalinizmu, bo dyktatury etc. (liberałowie). Część jest uczciwsza i deklaruje, że nie ma zielonego pojęcia, ale terminem tym posługują się fundamentalne akty prawne, zaczynając od rozmaitych konwencji międzynarodowych, po Konstytucję RP, co znaczy, że termin jest istotny – i nie interesuje ich, czy ma sens (pozytywiści prawniczy). Są i tacy, którzy uważają, że samo pytanie o pochodzenie „przyrodzonej godności człowieka” dowodzi faszystowskich poglądów pytającego.

Irytacja prawników nie jest bezzasadna, ponieważ z punktu widzenia filozoficznego i etycznego nie ma czegoś takiego jak „przyrodzona godność człowieka”, z której to formuły wyciągany jest wniosek, że – z samego faktu, że „każdy człowiek jest człowiekiem” – każdemu owa przyrodzona godność przysługuje. Przysługuje gdy jest to morderca, którego nie wolno posłać na szubienicę, lecz należy go zamknąć w więzieniu i resocjalizować.

Pewne zakłopotanie budzi oczywiście Adolf Hitler, gdyż z ideologii „przyrodzonej godności człowieka” wynika, że gdyby został pojmany żywcem, to należałoby go poddać resocjalizacji, bowiem zakład penitencjarny nie służy karze (odwet), lecz leczeniu więźnia. Wszak człowiek z natury jest dobry i to tradycyjne, katolickie i kapitalistyczne otoczenie uczyniło z Adolfa ludobójcę. Zgodnie z doktryną „przyrodzonej godności człowieka”, nie należałoby Hitlera skazać na śmierć, gdyż – będąc człowiekiem – zasługiwał na ludzkie traktowanie, a szubienica do ludzkiego traktowania nie należy.

Piszę to wszystko, ponieważ znalazłem możliwość wyprowadzenia alternatywnej koncepcji „przyrodzonej godności”. Jestem dziś po całodziennej lekturze ciekawej książki Ramona-Jesusa Queraltó Moreno „Myśl filozoficzno-polityczna Bartolomé de Las Casasa” („El pensamiento filosófico-político de Bartolomé de Las Casas”, Sevilla 1976). Przypomnijmy: Las Casas to słynny dominikanin, który opisał w swoich książkach rzezie Indian czynione przez Hiszpanów w Ameryce i interweniował w tej sprawie u króla. Ten zarządził serię publicznych debat między nim a uzasadniającym te rzezie Juanem Ginesem Sepulvedą. Debaty miały miejsce w Valladolidzie w latach 1550-1551. Zakończyły się one słynnymi dekretami króla hiszpańskiego uznającymi Indian za ludzi takich samych jak Hiszpanie.

Queraltó Moreno, opisując filozofię polityczną Las Casasa, zatrzymuje się przy bardzo ciekawej i oryginalnej koncepcji „przyrodzonej godności człowieka” tego dominikanina, opartej na filozofii Arystotelesa i Akwinaty. 200 lat przed Kantem Las Casas sformułował tezę, że rzeczywiście człowiek taką przyrodzoną godność posiada, a wniosek ten wykorzystywał w obronie Indian. Hiszpański dominikanin sformułował teorię, że Indianie są ludźmi, ponieważ są zdolni przyjąć wiarę chrześcijańską tak samo jak Hiszpanie, Francuzi i inne narody „cywilizowane”. Wiedział o tym dobrze, gdyż był najpierw misjonarzem, a potem biskupem w Meksyku. Cechą wyróżniającą człowieka spośród zwierząt jest możliwość przyjęcia chrztu i spotkania z Chrystusem. Na tej możności opiera się godność człowieka, która potencjalnie jest jednakowa u wszystkich ludzi bez względu na rasę, narodowość, kolor skóry, wiek, status społeczny, płeć etc.
Tak sobie pomyślałem, że jest to bardzo interesująca koncepcja. Rzeczywiście, nie ma ona charakteru rasistowskiego, seksistowskiego czy nacjonalistycznego. Chrześcijaninem może być każdy. Jedni są nimi dlatego, że ochrzcili ich rodzice w niemowlęctwie, inni stają się nimi drogą indywidualnego wyboru, czyli za pomocą własnej woli. Z drugiej strony nie jest to koncepcja ślepa, tak jak to się dzieje we współczesnej bezmyślnej filozofii prawa, która z racji przyjmowania dogmatu bez refleksji nie jest już filozofią, ale demoliberalną „mistyką” prawa, gdzie konwencje ONZ czytane są niczym teksty objawione, podczas gdy są to klasyczne wymysły prawniczych pozytywistów.

Nie jesteśmy w stanie wniknąć w dusze ludzkie, więc trudno nam oczywiście stwierdzić, na ile deklarowane wyznanie jest adekwatne do stanu umysłu i serca. Ale dzięki kryterium konfesyjnemu, na podstawie Las Casasa, można wywieść racjonalną koncepcję dowodzącą, że ludzie mają godność. Rzeczywiście, jest to godność „przyrodzona”, gdyż wszyscy albo wierzymy i jesteśmy wychowani w wierze katolickiej, albo – jeśli nie zostało to nam dane – możemy dokonać egzystencjalnego wyboru i przyjąć tę wiarę. Ci, którzy znając wiarę katolicką, pozostają we wspólnotach chrześcijańskich „odłączonych”, mieliby godność ciut mniejszą; ci, którzy nie są chrześcijanami, lecz wierzą w Boga monoteistycznego (żydzi, muzułmanie), mieliby jej jeszcze ciut mniej, a ci, co dokonali aktu apostazji, mieliby tej godności jeszcze mniej, czyli… zero.

W odróżnieniu od prawniczego dogmatu o „przyrodzonej godności człowieka” doktryna Las Casasa ma przynajmniej uzasadnienie filozoficznie, nawet całkiem interesujące. Warto nad nią podebatować, a apostaci niech nam teraz dowiodą, że jest błędna. Może zmusiłoby to filozofów prawa do myślenia, miast cytowania aktów prawnych?