Józef Piłsudski

Autor: Sławomir Suchodolski

„Obraza Piłsudskiego” mogła mieć dla obrażającego dość przykre konsekwencje: ewentualny proces, a co za tym idzie – groźba aresztu lub grzywny. Okazuje się również, że „obraza Piłsudskiego” służyła sanacji jako pretekst do tego, aby utrudnić endekom prowadzenie kampanii wyborczej w 1930 roku.

Dobitnie świadczy o tym przypadek byłego posła, Antoniego Lewandowskiego, ubiegającego się o reelekcję w okręgu gnieźnieńskim. W piątek 31 października 1930 roku funkcjonariusz policji zapukał do drzwi państwa Lewandowskich w Bydgoszczy i zapytał się małżonki polityka „czy jest tu były poseł Lewandowski, bo ze względu na obrazę Pana Marszałka Piłsudskiego musi mu wręczyć wezwanie do Starostwa Grodzkiego”.

Uzyskawszy odpowiedź odmowną (pani Lewandowska wytłumaczyła policjantowi, że „mąż prowadzi kampanię wyborczą w terenie”), zostawił wezwanie po otrzymaniu pokwitowania, zasalutował i odszedł. W nocy z piątku na sobotę dom przy ulicy Długiej, w którym mieszkali państwo Lewandowscy, był pilnie strzeżony przez mundurowych i tajniaków. W sobotę 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych, tuż przed godziną 11.00, kiedy pani Lewandowska właśnie wybierała się do kościoła, do mieszkania wtargnęła ekipa śledczych. Nie obyło się bez elementów komicznych: Antoniego Lewandowskiego, osoby słusznej postury, szukano tak gorliwie po całym mieszkaniu, iż nawet zaglądano pod wannę, tak jakby mógł się tam schować barczysty, prawie dwumetrowy mężczyzna.

W rzeczywistości policja doskonale wiedziała, gdzie przebywał Lewandowski, który przecież nie ukrywał się i spotykał się z wyborcami w powiecie wągrowieckim. Dlaczego więc śledczy odstawiali tę całą szopkę? Ano dlatego, że „z góry” przyszło polecenie aresztowania Lewandowskiego „za obrazę Pana Marszałka Piłsudskiego”. Polecenie poleceniem, ale był bardzo poważny szkopuł: choć za Lewandowskim chodzono krok w krok i spisywano podczas wieców każde słowo padające z jego ust, nie można mu było zarzucić obrazy „Wskrzesiciela Polski”. Dlatego też tak naprawdę policja nie szukała w mieszkaniu przy ul. Długiej Lewandowskiego, lecz jakichś kompromitujących materiałów – ulotek, notatek szkalujących „Pierwszego Obywatela II RP”.

Przeszukano skrupulatnie mieszkanie, piwnicę i strych. Następnie dokonano rewizji w drogerii należącej do Lewandowskiego. Potem policja udała się do Fordonu i tutaj urządzono rewizję u pana Płotki, szwagra byłego posła. Nie zapomniano i o siostrzenicy państwa Lewandowskich, mieszkającej w Strzelcach Dolnych – tu także nie obyło się bez rewizji. Wszystkie te przeszukania odbywały się bez okazania odpowiednich dokumentów wystawionych przez odpowiednie instytucje; śledczy ograniczyli się tylko do pomachania przed nosami lokatorów „policyjnymi blachami”. Cóż, „kwitów na Lewandowskiego” nie znaleziono, wobec tego wykonano odpowiedni „telefon w teren” i jeszcze tego samego dnia Lewandowski znalazł się pod kluczem – aresztowano go w Łopiennie, na południu powiatu wągrowieckiego.

Za niewinność, czyli „za obrazę Pana Marszałka”, posiedział sobie w więzieniu sądowym w Gnieźnie blisko dwie doby. Sanacja pocieszała się, że przynajmniej zepsuła kampanię „ohydnemu endekowi” (nie odbyło się ileś tam wieców z jego udziałem), jednak radość „obozu uzdrawiaczy” okazała się przedwczesna: pomimo wielu utrudnień i kłopotów Antoniemu Lewandowskiemu udało się po raz drugi zasiąść w ławach poselskich.
Trzy lata po śmierci marszałka Piłsudskiego wybuchła tzw. afera kabotyńsko-obwarzankowa (opisałem ją dokładnie w „Najwyższym CZASIE!”, nr 41 i 42 z 2015 r.), w wyniku której docent Stanisław Cywiński został dwukrotnie skatowany przez bojówki oficerskie, po czym skazany na trzy lata więzienia.

Za co? A za to, że obraził Piłsudskiego, nazywając go „kabotynem” (tak na dobrą sprawę, nie zdołano tego Cywińskiemu udowodnić). W związku z tą „straszliwą zbrodnią” w tempie ekspresowym sanacyjna „świątynia prawodawstwa” uchwaliła „Ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego”. „Kto uwłacza imieniu Józefa Piłsudskiego” – głosił ów akt prawny – „podlega karze więzienia do lat 5”. Tak dla porównania: za zelżenie bądź wyszydzenie narodu lub państwa polskiego groziła kara do trzech lat więzienia (artykuł 152 kodeksu karnego; i właśnie z tego artykułu skazano Cywińskiego – widocznie sanacja obawiała się naruszenia zasady Lex retro non agit).