Część załogi statku Belgica fot. domena publiczna

Dnia 16 sierpnia 1897 roku opuściła Antwerpię na statku „Belgica” belgijska wyprawa antarktyczna kapitana Adriana de Gerlache. W skład personelu naukowego wyprawy wchodziło dwóch młodych Polaków: dwudziestosześcioletni Arctowski, geolog, oceanograf i meteorolog, który jako pierwszy z naukowców zaoferował Gerlachowi swoje usługi pod koniec 1895 roku, oraz o rok młodszy Antoni Dobrowolski, jako pomocnik meteorologa.

Ten ostatni został dołączony w niemal ostatniej chwili na miejsce jednego z członków załogi, który po pierwszym wypadku statku „Belgica” (awaria maszyny po wyjściu z antwerpskiego portu) zrezygnował z uczestnictwa. Jako drugi zastępca komendanta wziął udział w wyprawie także późniejszy słynny badacz polarny, Roald Amundsen, który był rówieśnikiem naszego rodaka, Dobrowolskiego.
Prowizoryczne przygotowania do dziejowej eskapady

„Belgica” nie była statkiem specjalnie wybudowanym do rejsów polarnych, jak choćby statek badacza Nansena, który nazywał się „Fram” i z góry był przystosowany do takich wypraw. Organizatorzy nie dysponując odpowiednim kapitałem zmuszeni byli kupić używany już statek i przystosować go do swoich potrzeb i celów. Wybór szefa wyprawy, kapitana de Gerlache, padł na norweski statek do połowy wielorybów i fok „Patria”. Była to jednostka mieszana, tj. o napędzie żaglowym i parowym, trzymasztowiec, tak zwany bark, o dwóch masztach rejowych z pomocniczą maszyną 35-KM. Jego pojemność wynosiła zaledwie 244 tony, jednakże był on bardzo solidnie zbudowany i posiadał wzmocnienie przeciwlodowe. I właśnie owej solidnej budowie „Patrii”, którą przemianowano na „Belgikę” ekspedycja zawdzięcza powodzenie wyprawy, gdyż kilkukrotnie statek znalazł się w poważnych tarapatach, z których przy słabszej konstrukcji nie wyszedłby zapewnie cało.

Ambitny admirał chciał dorównać badaczom epoki

Jaka była geneza wyprawy de Gerlache’a? Wywołało ją dążenie uczonych wielu narodowości do dokładniejszego poznania szóstej części świata, odkrytej kiedyś przez Bellinghausena i Łazariewa i później na nowo w zasadzie zapomnianej. Do bieguna północnego i na Ocean Arktyczny wybierały się w drugiej połowie XIX wieku liczne wyprawy naukowe i odkrywcze, jak choćby eskapady Franklina, Mc Clure i Nansena. Co dziwne, na wody antarktyczne od czasów wyprawy Rossa i Dumont d’Urville’a przez pięćdziesiąt lat nie wybrał się właściwie nikt!

Jako jeden z pierwszych myśl ową podjął właśnie Adrian de Gerlach, młody porucznik marynarki belgijskiej, który już na początku swojej kariery morskiej na próżno próbował zostać członkiem jednej z ekspedycji sławnego wówczas Nordenskjolda. Problemem była sprawa funduszy, ale ostatecznie zostały one zebrane z darów społeczeństwa belgijskiego i wreszcie, w połowie sierpnia 1897 roku ekspedycja wyruszyła na podbój Antarktydy.

Sam Dobrowolski pisał po powrocie z owej wyprawy tak:
„Podczas całej wyprawy statek ten dziwne jakieś dwulicowe miał szczęście: szczęście do wszelkiego rodzaju wypadków oraz szczęście do dziwnie szczęśliwego wyślizgiwania się z takich zdarzeń. Dwa razy wpadliśmy na skały podwodne, raz zaczepiliśmy się o nie, raz znowu olbrzymia góra lodowa uderzyła na samo czoło okrętu, zrywając tylko ornamenty i łamiąc drąg masztu przedniego, nie mówiąc już o burzach, z których podczas jednej fala zmiotła nam Wincke’go, a podczas drugiej zgubiliśmy kotwicę z łańcuchem”.
Nasz rodak cennym członkiem niebezpiecznej eskapady

Krótko po wyjściu z Antwerpii zepsuła się maszyna napędowa statku, „Belgica” zawinęła więc do Ostendy, a gdy tam wyokrętowało się dwóch członków załogi, de Gerlache postanowił powrócić do Antwerpii dla skompletowania załogi. I właśnie wtedy zgłosił się do niego Dobrowolski, o którym komendant wyprawy napisał w swej książce, że potwierdził on swoimi umiejętnościami i odwagą znane powiedzenie: „Last but not east” (ostatni, ale nie najgorszy).

Pogoda początkowo nie dopisywała, zwłaszcza w znanej z fatalnych warunków Zatoce Biskajskiej, a żegluga poprawiła się dopiero od brzegów Portugalii. 14 września 1897 roku statek przekroczył równik i z tej okazji odbył się na pokładzie tradycyjny chrzest nowicjuszy. Na początku grudnia okręt przybył do Punta Arenas w Cieśninie Magellana, gdzie uzupełniono zapasy paliwa i gdzie wyokrętowało się kolejnych czterech członków załogi.

Żywioł morski zakpił z marzeń uczestników

W samą wigilię Nowego Roku 1898 w pobliżu Ushuaii (argentyński port) wydarzyła się tragedia. Otóż okręt wpadł na sam szczyt rafy i nie było żadnego sposobu aby go z niej ściągnąć. Przybyli z pomocą badaczom Indianie z misji, jak i załoga angielskiego małego żaglowca nie byli w stanie pomóc. Załamani członkowie eskapady wywiesili na znak stracenia statku trójkolorową flagę Belgii na tylnym maszcie, ale nagle żywioł morski postanowił sobie zakpić z podróżników:

„Nad wieczorem silny przypływ podniósł statek i przy pomocy własnego napędu udało się uwolnić go z uścisku rafy (…)”

Według planu „Belgica” miała udać się teraz do Melbourne, w celu uzupełnienia załogi i zapasów. Po drodze zamierzano urządzić małą wyprawę na teren morza skuty lodami, a dopiero wiosną następnego roku zamierzano odbyć właściwą wyprawę antarktyczną. Stało się jednak inaczej…Po opłynięciu Ziemi Aleksandra statek wpłynął ok. 100 mil morskich w głąb pola lodowego i gęstniejący coraz bardziej lód zmusił załogę do powrotu. Niestety okrętowi nie dane było wyzwolić się z mocarnych lodowych okowów i wkrótce, 6 marca, lody skuły doszczętnie statek, co wymusiło u załogi podjęcie przymusowej decyzji o zimowaniu w tych jakże niesprzyjających warunkach.

Morderczy lodowy uścisk wymusił najcenniejsze badania

Owe nie zamierzone zimowanie, które bynajmniej nie było planowane i nie zakończyło się latem (załoga była zmuszona zimować także następną zimę, aż do połowy marca następnego roku!). Przez cały ten czas prowadzone były przez nieszczęsnych badaczy intensywne i wszechstronne badania naukowe: astronomiczne, meteorologiczne, oceanograficzne, geograficzne, jak i botaniczne oraz zoologiczne. Po raz pierwszy w historii zebrano tyle materiałów i dokonano tyle doświadczeń i spostrzeżeń w rejonie w zasadzie zupełnie dotąd nie znanym przez naukę – w Antarktydzie. Nawet gdyby nie przeprowadzono wszystkich owych badań naukowych, to i tak wyprawa ta znalazłaby należne jej miejsce w historii odkryć i badań Antarktydy z powodu pierwszego w dziejach zimowania w pobliżu bieguna południowego.

Arctowski i Dobrowolski zyskali na zawsze miejsce w historii

Owocem odważnej ekspedycji było opublikowanie dziewięciu tomów zawierających kilkadziesiąt rozpraw, z których najważniejsze wyszły spod pióra jej polskich uczestników. Arctowski napisał pięć rozpraw oraz współpracował w napisaniu trzech innych, a dwie napisał także Dobrowolski. W ten sposób udział naszych rodaków w belgijskiej wyprawie antarktycznej został jeszcze bardziej uwypuklony. Ponadto sam Dobrowolski wydał książkę poświęconą wyprawom polarnym, w której nie omieszkał omówić także ekspedycji statku „Belgica” oraz osobno opublikował także wspomnienia z tej wyprawy, która pokazała ówczesnym badaczom, że polski duch, pomimo zniewolenia organizmu państwowego, nadal jest żywy i wnosi wkład w rozwój nauki i wiedzy o świecie.

Autor: Maciej Chrościelewski