Marszałek Józef Piłduski i gen. Edward RAydz-Smigły

Sanacja bardzo często mówiła o sobie jako o strażniku polskiego honoru. Oczywiście tym głównym strażnikiem, depozytariuszem honoru był w mniemaniu sanatorów „Jedyny Wskrzesiciel Rzeczypospolitej i Siewca Niepodległości”, Józef Piłsudski, toteż wszelką krytykę „Wodza” traktowano jako szkalowanie Polski i zamach na jej honor i godność.

Jako że Piłsudski był najwybitniejszym Polakiem – bez niego naród polski nie mógłby istnieć – krytykę marszałka uznawano za krytykę narodu polskiego. Ten tok rozumowania miał niewiele wspólnego z logiką, no ale kto powiedział, że wszystko w sanacyjnej II RP miało być logiczne. Sanacja śmiertelnie poważnie wykonywała obowiązki wynikające z misji obrony honoru.

I nieważne, że najczęściej krytyka była jak najbardziej słuszna – no cóż, wtenczas, tak jak rozkapryszone dziecko lub megaloman, sanacja obrażała się na prawdę i tym gorzej dla krytykującego. Z procesów o obrazę Piłsudskiego (a również innych sanatorów) wybrałem te, które uznałem za interesujące. Czytając kolejne przykłady, bardzo proszę o zwrócenie uwagi na kondycję polskiego sądownictwa: czy sędziowie byli jeszcze niezależni, czy też już uwieszeni u sanacyjnej klamki.

14 września na wiecu Centrolewu w Lublinie Irena Kosmowska wygłosiła przemówienie, które doprowadziło sanatorów do białej gorączki. Ta wybitna działaczka niepodległościowa związana z ruchem ludowym, posłanka na Sejm Ustawodawczy oraz I i II kadencji w II RP, mówiła o łamaniu prawa przez dyktaturę Józefa Piłsudskiego, m.in. o bezprawnym aresztowaniu w nocy z 9 na 10 września wielu znanych polityków opozycji antysanacyjnej i osadzeniu ich w kazamatach twierdzy brzeskiej. „Ktoś na górze”, zapewne sam Józef Piłsudski, wydał rozkaz, aby pyskatą babę w trymiga aresztować i skazać. Rozkaz został wykonany co do joty. Już 17 września – a więc po trzech dniach! – była posłanka siedziała na ławie oskarżonych w gmachu Sądu Okręgowego w Lublinie.

Budynek otoczyły liczne oddziały policji w pełnym rynsztunku bojowym. Akt oskarżenia zarzucał Kosmowskiej, że na wiecu 14 września nazwała „Pana Marszałka Józefa Piłsudskiego obłąkanym i twierdziła, że Jego prawem jest tylko morderstwo, złodziejstwo i podpalanie, a rządy Jego są rządami obłąkańca”.

Czyli krótko mówiąc, oskarżono ją o obrazę Józefa Piłsudskiego. Oskarżono, dodajmy, z artykułu 154… rosyjskiego kodeksu karnego z 1903 roku (do 1932 roku, czyli do momentu wejścia w życie kodeksu karnego Makarewicza, na ziemiach polskich obowiązywały kodeksy karne państw zaborczych).

Artykuł ów brzmiał następująco: „Jeżeli nieposzanowanie władzy okazano przez znieważenie instytucji rządowej lub społecznej (…) w wygłoszonych lub odczytanych publicznie mowie lub utworze, albo w druku, piśmie lub wizerunku, rozpowszechnionych lub publicznie wystawionych, winowajca będzie karany: zamknięciem w więzieniu”.
Kosmowskiej ten rosyjski kodeks karny nie był obcy, ponieważ carskie władze na jego podstawie skazały i uwięziły ją w 1915 roku. Cóż za ironia losu! Być skazanym na mocy tego samego kodeksu, ale w dwóch państwach: carskiej, antypolskiej, zaborczej Rosji – i w tej wyśnionej, wymarzonej i wywalczonej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!

Na początku procesu obrona wniosła o umorzenie sprawy, gdyż w wyrażonej przez podsądną opinii na wiecu padło sformułowanie, iż „publiczne wystąpienia Piłsudskiego sprawiają wrażenia obłąkańcze” (co zresztą było bliskie prawdy – wywiady, artykuły, wystąpienia Piłsudskiego z tamtych lat były pełne złorzeczeń, gróźb, miotanych przekleństw, megalomanii do entej potęgi, a styl wypowiedzi – nierzadko niejasny i bełkotliwy), a przecież to nie to samo, co zawierał akt oskarżenia.

Ponadto była posłanka mówiła o Piłsudskim jako o zwykłym człowieku, a nie o premierze, i w ogóle nie użyła słów o morderstwie, podpalaniu czy złodziejstwie. Oczywiście wniosek obrony odrzucono, tak samo jak i kolejny, o uznanie aktu oskarżenia za nierzetelny, a znajdujących się w tym dokumencie zeznań świadków – za niewiarygodne, no bo skoro domniemane przestępstwo miało miejsce 14 września, zaś akt oskarżenia nosił datę 15 września, a na zeznaniach świadków widnieje 16 września, to możemy na pewno mówić o swoistym prawniczym rekordzie świata, tylko co to ma wspólnego z rzetelnym, normalnym śledztwem?

Sąd z oporami, niechętnie zgodził się na przesłuchanie świadków obrony (sędzia przewodniczący przed podjęciem ostatecznej decyzji zarządził przerwę, w trakcie której być może skonsultował się z „górą”), byłych posłów obecnych na wiecu 14 września. Natomiast nie robiono żadnych problemów z przesłuchaniem świadków oskarżenia. Sęk w tym, że ani posterunkowi, ani pan nadkomisarz Sobociński, ani pan starosta Banaszkiewicz na wiecu nie byli obecni, za to na sali sądowej zarzekali się, iż „słyszeli, że oskarżona użyła słowa »obłąkaniec«”.

W takich okolicznościach wynik procesu był z góry przesądzony. O godzinie 2.30 w nocy (czyli już 18 września) Sąd Okręgowy w Lublinie skazał Irenę Kosmowską na sześć miesięcy więzienia. W uzasadnieniu wyroku czytamy m.in., że oskarżoną skazano „za to, iż w dniu 14 września na wiecu w Lublinie nazwała prezesa rady ministrów obłąkanym, a rządy jego rządami obłąkańca, przez co okazała nieposzanowanie władzy przez zniewagę nie tylko marszałka Piłsudskiego, lecz i całego rządu, reprezentowanego przez radę ministrów, a pozostającego pod jego kierownictwem”.

I dalej: „Przez określenie »pod rządami obłąkanego kraj się znajduje« oskarżona zamierzała podać w wątpliwość prawidłowe funkcjonowanie władz państwowych”. Jako okoliczność obciążającą uznano „duże natężenie woli przestępczej i fakt, że oskarżona z całą premedytacją wystąpiła przeciw władzy państwa, poniżając godność i autorytet władz”.

W rzeczywistości było zupełnie inaczej – to władze poprzez swoje bezprawne, często bandyckie działania (np. porwanie i zabójstwo generała Zagórskiego, wykończenie generała Rozwadowskiego, porwania i pobicia niewygodnych publicystów, aresztowania opozycjonistów z pogwałceniem prawa) „poniżały swoją godność i autorytet”, używając języka sędziów posłusznych sanatorom. W końcowym akapicie – o ironio! – czytamy: „Sąd miał również na uwadze przeszłość oskarżonej na polu prac niepodległościowych oraz jej dotychczasową niekaralność i z tych względów surowy wymiar kary, na jaki zasłużyła, w sposób wybitny złagodził”.

Obrona wnosi

Obrona, rzecz jasna, wniosła o uwolnienie skazanej Ireny Kosmowskiej za kaucją, powołując się na jej bohaterską przeszłość, zły stan zdrowia oraz fakt wydania miesiąc temu przez Sąd Okręgowy w Warszawie decyzji o wypuszczeniu za kaucją w wysokości tysiąca złotych jakiegoś komunisty (zapewne sowieckiego szpiega) skazanego na cztery lata więzienia.

Lubelski Sąd Okręgowy nie był taki łaskawy i wniosek odrzucił. Tu warto przypomnieć, że kiedy Kosmowską aresztowały władze carskie, jej rodzinie udało się uzyskać decyzję o zwolnieniu za kaucją. Dopiero po pewnym czasie – kiedy o Kosmowskiej stało się głośno za granicą – w końcu dotarło do sanacji, że nie warto z niej robić męczennicy.

Zgodzono się na kaucję. Kolejne rozprawy kończyły się niepomyślnie dla Kosmowskiej. Zrezygnowana spakowała szczoteczkę do zębów, kilka książek, kilka ubrań i pojechała do więzienia, gdzie miała spędzić pół roku. Na portierni dowiedziała się, że „ludzki pan”, prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, ułaskawił ją. Tylko dlaczego nie powiadomiono jej o tym wcześniej?…

31 października 1930 roku przed Sądem Powiatowym w Chojnicach odbyła się rozprawa przeciwko byłemu posłowi Józefowi Mazurowi. Rozprawie przewodniczył sędzia Wojtyna, oskarżał prokurator Stefański, bronił mecenas Kopicki. Mazurowi zarzucono, że 11 kwietnia 1930 roku na wiecu Stronnictwa Narodowego w Brusach publicznie znieważył Piłsudskiego, mówiąc: „Pan Piłsudski musi być sam idiotą, kiedy nazwał naród polski narodem idiotów”.

Dość długo zastanawiano się, z jakiego paragrafu oskarżyć byłego posła i po głębszym namyśle zdecydowano się na paragraf 360 p. 11 „Kodeksu karnego Rzeszy Niemieckiej”: „Karze aresztu ulega (…), kto w nieprzyzwoity sposób wszczyna hałas, spokój zakłócający lub dopuszcza się zdrożnej swawoli”. Mazur nie zaprzeczył, że wypowiedział na wiecu podobne słowa, lecz treść wypowiedzianego przezeń zdania była zupełnie inna od podanej przez akt oskarżenia.

W rzeczywistości zdanie to brzmiało następująco: „Marszałek Piłsudski nazwał naród polski narodem idiotów, więc chyba może być też idiotą, albowiem p.Piłsudski zalicza siebie do Polaków”. Oskarżony dodał jeszcze, że zapamiętał to zdanie doskonale, „gdyż głosił to po całym Pomorzu, bo naród polski, a szczególnie Pomorzanie, nie zasłużyli na to, by z ust marszałka Polski padły podobne słowa” („Słowo Pomorskie”, nr 257 z 6 listopada 1930 r.).

Pierwszy świadek oskarżenia, starszy przodownik Policji Państwowej z Brus, Łukaszewski, obecny na wiecu służbowo, zeznał, iż usłyszał, jak Mazur wypowiedział takie oto słowa: „P. Piłsudski nazwał naród polski idiotami, to sam musi być idiotą”. Policjant, wzięty jednak przez mecenasa Kopickiego w – jak to się zwykło pisać w relacjach z rozpraw – krzyżowy ogień pytań, przyznał, że mówca mógł użyć zwrotu: „[Piłsudski – S.S.] chyba może być też idiotą”.

Następny świadek oskarżenia, urzędnik kontroli skarbowej w Brusach, Józef Terczyński, przytoczył jeszcze inną wersję wypowiedzi Mazura: „A sam [Piłsudski – S.S.] może być idiotą i byłoby wskazanym zbadanie go przez psychiatrów zagranicznych”. Starszy posterunkowy Łukaszewski nie potwierdził, aby oskarżony mówił o konieczności zbadania marszałka Piłsudskiego przez psychiatrów.

W swoim przemówieniu prokurator Stefański dowodził, że słowa Mazura na temat Piłsudskiego zdolne są „zakłócić porządek publiczny”, ponieważ „Pan Marszałek stoi wśród narodu polskiego na wyżynie oraz ma za sobą rzesze zwolenników”. W związku z powyższym Stefański uznał wystąpienie byłego posła „za gruby wybryk” i wniósł dla niego o karę dwóch tygodni aresztu. Obrońca Mazura, mecenas Kopicki, starał się wykazać niewinność oskarżonego i prosił o uwolnienie go od winy i kary.

O to samo w swoim ostatnim słowie poprosił Józef Mazur, jednakowoż zaznaczając, „że jak dotychczas, tak i nadal pracować będzie wśród szczerze katolickiego i narodowego społeczeństwa pomorskiego i zwalczać sanację i jej szkodliwą działalność”. Po krótkiej, zaledwie kilkuminutowej naradzie składu orzekającego sędzia Wojtyna ogłosił wyrok uniewinniający. W uzasadnieniu stwierdzono, iż słowa Mazura nie mogły wywołać zakłócenia spokoju publicznego, albowiem wypowiedziano je na zebraniu członków i sympatyków tylko jednego ugrupowania politycznego.

Proces

Pod koniec listopada 1931 roku opinia publiczna Rogoźna żywo interesowała się procesem kilku członków endeckiego Obozu Wielkiej Polski. Zostali oni oskarżeni o kradzież i spalenie portretu Józefa Piłsudskiego w czasie zjazdu OWP w Ryczywole. Rozprawie przewodniczył sędzia dr Miśko. Z ramienia prokuratury oskarżał komendant powiatowy Związku Strzeleckiego, Skąpski.

Według oskarżyciela, kilku członków Ruchu Młodych OWP miało rzekomo skraść z lokalu należącego do niejakiego Kaczora portret Piłsudskiego, a następnie deptać po nim, opluć go i w końcu spalić na ryczywolskiej strzelnicy przy akompaniamencie „ordynarnych śpiewów”. Po załatwieniu formalności wstępnych przesłuchano ośmiu świadków (w większości policjantów i strzelców). „Wszyscy świadkowie (…) zeznali mniej więcej jedno – że widzieli członków OWP, udających się na strzelnicę.

Jeden z nich niósł pod ręką papier, zwinięty w rulon. Później – na sali strzelnicy słyszeli śpiewy, okrzyki, widzieli jakiś płomień, ale co się paliło, co śpiewano i krzyczano – tego świadkowie sobie nie przypominają” (relacja zamieszczona w „Gazecie Bydgoskiej”, nr 279 z 2 grudnia 1931 roku). Jedynie świadek Buśka podał istotny konkret: otóż widział on oskarżonego Kamińskiego niosącego „rozwinięty portret Piłsudskiego”.

Zastępca prokuratora, Skąpski, zarzucając członkom OWP ciężki występek, wniósł o karę dziesięciu dni aresztu dla każdego. Z kolei obrońca oskarżonych, mecenas Lipiński, w swojej mowie stwierdził, iż „postępowanie dowodowe nie rzuciło żadnego światła na rzekomą kradzież, która widocznie była sfingowana, bo że u p.Kaczora zginął portret – to nie dowód, że go skradli członkowie OWP, a że na strzelnicy bawiono się, śpiewano i przytupywano – to przecież nie jest żadną zbrodnią”. Sąd uwolnił wszystkich oskarżonych oprócz Kamińskiego, zasądzonego na sześć dni aresztu.

Wracamy do Chojnic, gdzie 1 grudnia 1931 roku odbył się kolejny proces o zniewagę Józefa Piłsudskiego. Tym razem na ławie oskarżonych nie zasiadł wcale endecki polityk, działacz Stronnictwa Narodowego, ale bezrobotny mieszkaniec Chojnic, Jan Broda. Akt oskarżenia zarzucał mu nazwanie Piłsudskiego „złodziejem i bandytą”.

Choć oskarżony nie przyznał się do tego, „aby użył tych słów przeciw p.Józefowi Piłsudskiemu”, to jednakowoż nie zaprzeczył, że zaczął darzyć pana marszałka niechęcią, a to ze względu na relacje prasowe z tzw. procesu brzeskiego. To właśnie z tych relacji dowiedział się, w jaki sposób znęcano się nad więźniami Brześcia (bicie, poniżanie, liczne szykany itp.) – osobami tak zasłużonymi dla niepodległości Polski.

Wzburzony poszedł do mieszkania swojego dobrego znajomego, Wiśniewskiego, i tutaj powiedział, iż przecież rząd rosyjski jeszcze pod zaborami „ścigał p.Piłsudskiego jak złodzieja i bandytę, lecz z nim w więzieniu się tak nie obchodzono jak z więźniami brzeskimi, o czym p.Piłsudski sam pisał. Jeżeli to mówiłem” – wyjaśniał Broda – „to byłem bardzo wzburzony tym, co się działo w Brześciu, a jeszcze jestem oburzony do dziś”.

Sędzia zadał pytanie: „Dlaczego to oskarżony jest tak wzburzony?”. Broda odparł: „Jako Polak-wojak czuję po prostu wstyd za hańbę brzeską” (cytaty za „Gazetą Warszawską”, nr 307 z 3 grudnia 1931 r.). Dobry znajomy, Wiśniewski, złożył donos na Brodę do wojewody pomorskiego, no i stąd ten cały proces. Zeznania Wiśniewskiego pogrążały Brodę: „Zeznaję, że oskarżony powiedział słowa: »Piłsudski jest złodziejem i bandytą«” – zapewniał sędziego denuncjator.

Słowa ojca potwierdziła jego córka, Kazimiera Wiśniewska. Natomiast zeznania kolejnego świadka, Bernarda Rolbieckiego, były identyczne z wersją przedstawioną przez Jana Brodę. Przedstawiciel oskarżenia wniósł o ukaranie Brody grzywną w wysokości stu złotych z zamianą na dwa dni aresztu, zaś obrońca – co zrozumiałe – domagał się uniewinnienia oskarżonego. Sąd przychylił się do wniosku obrony i wydał wyrok uwalniający Jana Brodę od kary i winy.

20 marca 1932 roku przed Sądem Grodzkim w Warszawie toczył się proces przeciwko studentowi Karlickiemu, oskarżonemu o obrazę ministra spraw wojskowych, Józefa Piłsudskiego. Do przestępstwa doszło rok wcześniej, kiedy Piłsudski odpoczywał na Maderze (od połowy grudnia 1930 r. do końca marca 1931 r.) wraz ze swoją przyjaciółką (najprawdopodobniej kochanką), doktor Eugenią Lewicką.

Bardzo popularne wówczas wśród przeciwników sanacji było śpiewanie podczas balów karnawałowych ulubionej piosenki Polaków, z nieco zmodyfikowanymi słowami: „Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje TAM!”. Po Polsce krążył też prześmiewczy wierszyk:
„Słońce na Maderze
świeci tej cholerze.
A cholera śpi
i o Brześciu śni”.

Być może taka opozycyjna atmosfera ośmieliła warszawskiego studenta do wypowiedzenia pewnych słów, które zaprowadziły go na ławę oskarżonych. Słowa te padły w marcu 1931 roku w winiarni Trippenbacha w Alejach Jerozolimskich. Młody człowiek podszedł do kontuaru i zażądał kieliszka wina, mówiąc: „Jakiś tam wariat pojechał na Maderę, to i ja wypiję sobie kieliszek madery”.

Karlicki wypił, otarł usta, zapłacił i wyszedł, zapewne nie przeczuwając, jakiej to biedy sobie napytał. Gdyby przeczytał „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, to by wiedział, co robił w gospodzie „Pod Kielichem” wywiadowca Bretschneider. Niestety, w warszawskiej winiarni, tak jak w powieści Haška, również czyhał policyjny wywiadowca, który kilka dni potem zapukał do drzwi mieszkania amatora madery i oznajmił mu, iż był świadkiem incydentu u Trippenbacha, a wobec tego czeka go proces o obrazę ministra spraw wojskowych (i tak w porównaniu z bohaterem dzieła Haška Karlicki miał więcej szczęścia;

przypomnijmy, że Szwejka oskarżono o zbrodnię zdrady stanu). W toku rozprawy student co prawda nie wypierał się wypowiedzianych w winiarni słów, ale wcale nie przyznawał się do winy, twierdząc: „Nie wymieniłem przecież żadnego nazwiska. Obrazy p.Piłsudskiego dopuszcza się raczej ten” – dowodził oskarżony – „kto odnosi podobne zwroty do jego osoby” (za „Gazetą Wągrowiecką”, nr 67 z 22 marca 1932 r.). Sędzia uważnie wysłuchał wywodów oskarżonego, porównał jego słowa z rezultatem policyjnego dochodzenia i po długiej naradzie z wotantami uniewinnił Karlickiego.

Oryginalny tytuł artykułu: Sanacja się obraża – część 1
Autor: Sławomir Suchodolski