Joseph Rouget de Lisle po raz pierwszy wykonuje Marsyliankę fot. domena publiczna

Autor: Adam Wielomski

Mam dość ustawicznego łączenia nacjonalizmu z prawicą! Mam dość budowania stereotypu, że każdy nacjonalista jest prawicowy z racji, że jest nacjonalistą! Nacjonalizm genetycznie jest ideą rewolucyjną, przeciwstawiającą suwerenność ludu suwerenności króla z Bożej łaski, a za jego pierwszy wielki historyczny wyraz uważa się rewolucję francuską. Przypomnijmy kilka „drobiazgów” w tej materii.

W idei suwerenności narodu sformułowanej w epoce Oświecenia – mimo jej oświeceniowego, rewolucyjnego i oryginalnie demokratycznego pochodzenia – znajdowały się silne wątki ksenofobiczne. Wynikały one z homogenicznego charakteru wczesnego nacjonalizmu, jego kolektywistycznego charakteru. Obcym ujednoliconej masie narodowej był każdy, kto był inny, bez względu na charakter tej odrębności.

Dla rewolucjonistów epoki Rewolucji Francuskiej tym innym był szlachcic i ksiądz, którzy nie chcieli być egalitarnymi członkami narodu; Bretończyk i Prowansalczyk, którzy nie chcieli używać francuskiego (czyli paryskiego dialektu) języka literackiego, preferując lokalne dialekty i gwary; Hiszpan, Włoch i Niemiec opierający się ideom rewolucji francuskiej; katolik uznający zwierzchność zagranicznego Rzymu i rządzącego stamtąd Kościołem papieża, w propagandzie rewolucyjnej obdarzanego takimi określeniami jak „biskup metropolitarny departamentu Tyber”, „Włoch” i „cudzoziemski teolog”; religijny żyd sprzeciwiający się sekularyzacji zadekretowanej przez Zgromadzenie Narodowe.

Obcym narodowi był więc każdy, kto chciał w jakikolwiek sposób wyróżniać się od tegoż narodu. Rewolucyjny naród jest tak samo homogeniczny jak współczesny twarożek: nie toleruje grudek sera, ponieważ są inne od całokształtu.

We wczesnym nacjonalizmie francuskim (1789-1870) pojawiały się także wyraźne ciągoty ksenofobiczne, ponieważ cudzoziemiec był obcy nie tylko politycznie, ale i kulturowo. Homogeniczna zasada demokratycznego nacjonalizmu nie tolerowała obcego w żadnej postaci, gdyż była to demokracja nieliberalna, odrzucająca pluralizm polityczny, światopoglądowy i kulturowy, a nawet lingwistyczny. Jest to zjawisko opisane przez Jacoba Talmona pod mianem demokracji totalitarnej (książka ta, pod tymże tytułem, ukazała się niedawno w języku polskim i jest to lektura obowiązkowa!), gdzie zwalczane jest zjawisko określone przez Georgesa Dantona mianem „zbrodni partykularyzmu”. Partykularyzm wszelkiego rodzaju, każda odmienność zaprzecza trzeciej, najważniejszej idei rewolucyjnej: braterstwu. Ten termin należy rozumieć jako synonim słowa homogeniczność.

Jakkolwiek francuscy rewolucjoniści lat 1789-1848 formalnie byli zwolennikami prawa narodów do samostanowienia i przyszłej (dobrowolnej) federacji ogólnoeuropejskiej („Stany Zjednoczone Europy” Victora Hugo), to nieobca była im zwykła ksenofobia, szczególnie wtedy, gdy obcy przeciwstawiali się ideom rewolucyjnym. Demokratyzm, wsłuchiwanie się w głos ludu, czyli nominalnego suwerena, oznaczało także przyjęcie ludowych fobii, pośród których wybijała się niechęć do obcego. Zapominamy dzisiaj, jak silnym elementem francuskiego rewolucyjnego nacjonalizmu była nienawiść do Austrii i Austriaków.

Nacjonaliści-rewolucjoniści byli zarazem partią wojny przeciwko Wiedniowi, a wszystko z powodu zadawnionych sporów jeszcze z XVII stulecia. Paryska ulica żądała upokorzenia Austrii i buntowała się przeciwko monarchom-pacyfistom, którzy dostrzegali, że to wcale nie Austria, lecz Prusy stają się najgroźniejszym rywalem Francji w Europie kontynentalnej. Ludwik XVI, aby ratować resztki swojej popularności, wypowiedział nawet Austrii wojnę, choć był to polityczny nonsens. Oskarżono go więc, że prowadzi ją ze zbyt małym zaangażowaniem. Dlaczego? Bo jest królem!

W krytyce królów i arystokracji pióra demokratycznych nacjonalistów rewolucyjnych pojawiają się wyraźne wątki rasistowskie, co jest pokłosiem wspomnianej wyżej ludowej fobii do Austrii, która skonkretyzowała się w postaci irracjonalnej nienawiści do Habsburżanki Marii Antoniny. Ludowy nacjonalizm widział w niej nie francuską monarchinię, lecz „austriacką agentkę”. Dlatego pierwsi nacjonalistyczni historycy, tacy jak Jules Michelet, chętnie badają drzewa genealogiczne monarchów, aby wykazać, że ich nienacjonalistyczna polityka ma źródła w domieszkach obcej krwi.

Rzekomo domieszka krwi z sąsiedniego narodu warunkuje polityczną skłonność do przedkładania jego interesów nad interesy własnego państwa. W pewnym momencie lektury dziewięciotomowej „Historii rewolucji” („Histoire de révolution”, Paris 1888) Micheleta – a dzieło to skodyfikowało mitologię rewolucji francuskiej dla kilku pokoleń Francuzów – dowiadujemy się, że polityka Ludwika XVI uwarunkowana była jego mieszanym pochodzeniem rasowym, wyrosłym z koligacji różnoplemiennych monarszych dynastii. Rasy nie wybiera się, gdyż jest zdeterminowana klimatem i pożywieniem danego ludu od stuleci. Ludwik XIV prowadził rzekomo antyfrancuską politykę dlatego, że był do tego zdeterminowany biologicznie. Dlatego słusznie go zgilotynowano. Był obcy.

Dodajmy, że argumenty rasistowskie używane są przez rewolucjonistów nie tylko przeciwko monarchom. Cytowany powyżej Michelet dzieli narody na męskie „ludy światła” i żeńskie „ludy nocy”. Te pierwsze późniejszy rasizm uzna za aryjskie (Hindusi, Grecy, Persowie). Z kolei ludy nocy to narody semickie: Egipcjanie, Syryjczycy, no i oczywiście biologicznie oraz moralnie najbardziej zdeprawowany z nich, czyli Żydzi. Celem tych teorii było dowiedzenie, że Francja – jako naród „światła” – stoi na czele postępu, nowoczesności i rewolucji, a więc ma moralne prawo rządzić całym światem. Nacjonalizm i pogarda dla innych były słabo skryte za parawanem kosmopolityzmu.

We Francji nacjonaliści przechodzą na prawicę dopiero pod koniec XIX wieku, w wyniku afer Boulangera i Dreyfusa, gdy dochodzą do wniosku, że republikańska demokracja zawiodła ich narodowe oczekiwania. Nacjonaliści przechodzą na prawicę i stają się nią, ale historycznie pochodzą z radykalnej lewicy. Powinniśmy o tych faktach pamiętać.

Adam Wielomski