Prezydent Putin

Autor: Wojciech Grzelak

Polskie słowo „pokój” i rosyjskie „mir” mają podwójne znaczenia: pierwsze z nich, oznaczające stan pomiędzy wojnami, są identyczne, drugie różne: w naszym przypadku oznaczające jedynie pomieszczenie w domu, na Wschodzie natomiast przede wszystkim świat cały, ale także ludzkość.

Naturalnie tak doniosłe słowo nie mogło obyć się bez przymiotnika, toteż pojawiło się pojęcie ruskiego miru (dalej będzie ono dość kulawo przekładane jako rosyjski świat). O to, co właściwie znaczy, spierali się rosyjscy intelektualiści już w XIX stuleciu. Można wyróżnić dwie zasadnicze interpretacje: jedni uważali, że koncepcja ta odzwierciedla realne zjawisko geopolityczne i socjokulturowe, drudzy z kolei traktowali to jako hasło ogniskujące imperialne marzenia rosyjskiej elity.

W XXI stuleciu nowe życie temu terminowi nadał Włodzimierz Putin, który dekadę temu, inaugurując Rok Języka Rosyjskiego, powiedział: „Rosyjski świat może i powinien zjednoczyć tych wszystkich, którym drogie są rosyjskie słowo i rosyjska kultura, gdziekolwiek by oni nie żyli, w Rosji czy za jej granicami. Częściej używajcie tego połączenia wyrazowego – rosyjski świat”.

Rosja, Ukraina, Białoruś i…

Trudno oprzeć się wrażeniu, że prezydent z Kremla wręcz smakował na języku tę nazwę. No i jak to na Wschodzie, wystarczyły dwa słowa rzucone z wysokości carskiego majestatu, aby zaraz pochwycił je dwór i począł odmieniać przez najróżniejsze przypadki. Patriarcha moskiewski i całej Rusi Cyryl oprócz Rosji, Białorusi i Ukrainy zaliczył do rosyjskiego świata, zdefiniowanego jako przestrzeń duchowa, również Mołdawię. Zdaniem cerkiewnego dostojnika, ta strefa cywilizacyjna opiera się na trzech filarach: prawosławiu, rosyjskiej kulturze i rosyjskim języku oraz na wspólnej pamięci historycznej i wspólnych poglądach na dalszy rozwój.

Na koncercie w Kijowie w 2008 roku inny wyświęcony Cyryl, tym razem metropolita smoleński i kaliningradzki, skandował zawzięcie: „Rosja, Ukraina i Białoruś – to właśnie jest Święta Ruś!”. Dołączenie, zgodnie z wskazówkami zwierzchnika cerkiewnego, do trójki państw także Mołdawii burzy świetną organizację brzmieniową takiego hasła. Działalność prowadzącą do podtrzymania i rozszerzenia rosyjskiego świata podjęły oczywiście także władze świeckie. Już w 2007 roku powołano fundację „Rosyjski świat”, która miała być czymś w rodzaju instytucji British Council i stowarzyszenia Alliance Française jednocześnie.

Naturalnie za chlubnymi kulturalnymi projektami – takimi jak „Profesor rosyjskiego świata” czy „Gabinety rosyjskiego świata” albo ustanowienie Międzynarodowego Dnia Języka Rosyjskiego – stoi goła polityka. Stąd też ideolodzy kremlowscy powtarzają, że „współczesna Rosja jest centrum ogromnej społeczności cywilizacyjnej”, rozumianej jako „rosyjski świat wychodzący daleko poza granice jednego państwa”.
Oprócz wspomnianej już Mołdawii kandydatem na państwo „rosyjskoświatowe” jest również Kazachstan, a według tych, co chcą widzieć ten projekt wielkim, także pozostałe kraje posowieckie czy nawet tylko ze strefy wpływów dawnego ZSRS. Krótko mówiąc: najlepiej, aby było jak w pewnej buńczucznej pieśni ułożonej wprawdzie w innym niż rosyjski języku: „…a jutro cały świat!”.

Nie oznacza to jednak, że realizacja idei rosyjskiego świata idzie jak po maśle. Nawet Aleksander Łukaszenka w zeszłym roku otwarcie skrytykował ją w wywiadzie prasowym: „A jeśli są ludzie uważający, że ziemia białoruska jest częścią, no, jak oni teraz mówią, rosyjskiego świata i niemalże Rosji – to o tym zapomnijcie. Wcześniej nie było niepodległej Białorusi, a teraz jest i trzeba się z tym liczyć. I my swojej ziemi nikomu nie oddamy. To moje zadanie. Jakkolwiek jest ono trudne i ciężkie, wypełnię je. Wypełnię swoją misję, bez względu na cenę. Za moimi plecami stoją setki, tysiące takich uzbrojonych ludzi”.