Te wsie, które zostały zasiedlone przez Polaków, „Kałymowycz” wraz z innymi dowódcami palił, a Polaków usuwał. Jeżeli stawiali opór, to ich likwidował. Jako przykład może służyć akcja z 5 maja 1946 roku, zrelacjonowana w meldunku operacyjnym dowództwa 27 Odcinka Taktycznego UPA „Bastion” za maj 1946 roku dotyczącego spalenia wsi Sośnica i Święte w powiecie jarosławskim przez sotnie „Kałynowycza”, „Bałaja” i „Szuma”. Z lektury meldunku można wnosić, że jego autor miał wręcz poetyckie zdolności. Czytamy w nim m.in.:
„Po bezkresnym
oceanie błękitnego nieba beztrosko płynie cisza. Jedynie gdzieniegdzie nawołują się puchacze i swoim kwileniem pu-hu przywodzą nam na myśl kozackie wyprawy. W taką oto majową noc oddziały powstańców zbliżały się do rzeki. Oczy powstańców wpatrzone w wijącą się serpentynę srebrzystego Sanu. Strzelcy w milczeniu czekają na sygnał do przeprawy. Wreszcie pada rozkaz. Strzelcy w mgnieniu oka rzucają się wpław przez rzekę i po kilku minutach osiągają przeciwległy brzeg. Już widać wieś. Oddział 97 podchodzi do niej. Po błyskawicznym ataku zaskoczona samoobrona wroga nie opanowuje już sytuacji we „własnej” wsi i w panice, jak tylko można najszybciej, wycofuje się bezładnie w kierunku zachodnim. Wysiłki niektórych Polaków, by stawić opór, są z miejsca likwidowane. (…)

Przy pierwszym zetknięciu się z polską ludnością strzelcy żądają zdania broni, a następnie rozkazują wynieść z domów cały dobytek, gdyż za chwilę będą palić wieś. (…) Wieś płonie! Spod ciężkich kłębów czarnego dymu buchając przebijają się czerwone płomienie. Rozlewająca się wokół krwawa łuna daleko oświetla ciemne pola. Wzdłuż Sanu, nad jego lewym brzegiem, wije się szeroka ława ognia. Wydaje się, że płonie cała ziemia. To wzlatuje ku górze krwawy pot naszych przodków, by po raz ostatni zabrzmieć donośnym głosem protestu przeciwko bezprawiu. Protestu narodu ukraińskiego, który popłynie daleko w Polskę”.

Poczynała sobie bezczelnie

Płonące łuny nad wsiami przypominały Polakom Wołyń. Budziły wśród nich strach, wściekłość. UPA zaś poczynała sobie coraz bezczelniej. Jeszcze przed wyżej opisaną akcją „Kałymowycz” 4 marca 1946 roku zajął Lubaczów, chcąc uwolnić czterech upowców leżących pod strażą w tamtejszym szpitalu. Ogołocił on aptekę z leków, a ze szpitala zabrał tylko jego szefa, doktora Leszczyńskiego, by obejrzał rannych sotni. Więźniów nie uwolnił, bo przewieziono ich gdzie indziej. W czasie akcji zostało zabitych dwóch polskich żołnierzy.

Sotnia „Kałynowycza” tropiła też „Wołyniaka” i dawała się we znaki jego ludziom w rejonie Piskorowic, Cieplic i Mołyni w powiecie jarosławskim. Tyle można wnosić z meldunku „Kałynowycza” z 30 listopada 1946 roku. Donosił w nim, że jego pododdziały podeszły pod leśniczówkę koło Piskorowic, ażeby zasięgnąć informacji, i dostały się pod ogień ludzi „Wołyniaka”.

Oddziały WP usiłowały dopaść „Kałynowycza”, ale ten ze swoją sotnią wymykał się obławom. W lesie koło przysiółka Chrapy „Kałynowycz” stawił zażarty opór i zdołał wycofać oddział. Dzięki poparciu ludności ukraińskiej, która uniknęła przesiedlenia, udawało mu się trwać w terenie i kąsać aż do rozpoczęcia Akcji „Wisła”. Jego oddział topniał jednak z dnia na dzień.

Według Andrija Kordana „Kozaka”, oddział „Kałynowycza” , a raczej jego resztki zostały rozwiązane w sierpniu 1947 roku Jego żołnierzom wydano rozkaz przebijania się na wschód. Sam „Kałynowycz” usiłował przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. 7 września 1947 roku został ujęty przez władze czechosłowackie i przekazany Polsce. 22 maja 1948 roku skazano go na karę śmierci. Wyrok wykonano.