Porozumienie stworzyło wspólny rynek dla towarów i usług. Objęło ono m.in. ochronę własności intelektualnej, telekomunikację, usługi finansowe, przepływ pracowników czy e-handel.

Porozumienie Transpacyficzne jest wielkim kompromisem osiągniętym przez jego uczestników. Niektóre kraje zdecydowały się na daleko posunięty kompromis. Przykładem jest Japonia, która zrezygnowała ze swojej tradycyjnej polityki zamkniętego rynku, obłożonego niczym twierdza masą antyimportowych taryf. Każdy z krajów podpisujący porozumienie coś tracił, a coś zyskiwał.

Japonia traciła pozycję swojego rynku, wyjątkowo zamkniętego przed obcymi towarami i obcymi pracownikami, na rzecz swojej strategii równoważenia wpływów Chin. Podobne czysto handlowe ustępstwa na rzecz strategii równoważenia wpływów Państwa Smoka zdecydowały się ponieść USA, Australia i Nowa Zelandia. Z kolei największym wygranym wydawał się Wietnam, który nie tylko umacniał swoją polityczną pozycję, ale dla którego otwierał się amerykański rynek.

Krytyka porozumienia
Partnerstwo Transpacyficzne, jak każde kompromisowe porozumienie, ma swoich krytyków. W USA było ich bardzo dużo – i to nawet w gronie rządzących do niedawna liberałów i demokratów. Zarzucano mu niemal wszystko, począwszy od tego, że nie jest to porozumienie o wolnym handlu, tylko porozumienie o ustaleniu nowych reguł wymiany towarów i inwestycji pomiędzy państwami.

Zarzucano też, że porozumienie faworyzuje największe korporacje oraz najsilniejsze gospodarcze sektory w danym państwie. Obawiano się, że porozumienie uderzy w amerykańskich robotników, ponieważ jeszcze łatwiej będzie inwestować poza USA. To tylko część zarzutów. Krytykowano nawet fakt łatwiejszego dochodzenia ochrony własności intelektualnej.

Bardzo ostro napiętnowano rozwiązania dotyczące arbitrażu, ograniczające suwerenność państwa. Przyjęty system arbitrażu umożliwiał pozywanie danego państwa przez korporacje, przed prywatny arbitraż, ignorując miejscowe prawo.
Wycofując amerykański podpis, prezydent

Trump kierował się dwiema przesłankami. Pierwsza to przekonanie, że amerykański rynek zostanie otwarty dla tanich produktów, przede wszystkim z Wietnamu i z Malezji. Druga – że porozumienie umożliwi amerykańskim producentom jeszcze większe inwestowanie poza USA i powiększy bezrobocie w kraju. Trump ma inny pomysł. Zamiast Partnerstwa Transpacyficznego, bilateralne rozmowy z każdym krajem. Uważa, nie bez powodu, że z handlowego punktu widzenia to będzie korzystniejsze dla Ameryki.