Prezydent Rosji WSładimier Putin

Rosja, która w latach dziewięćdziesiątych wydawała się śmieszna i słaba, z prezydentem alkoholikiem na czele, obecnie pomału odzyskuje swoją siłę i pozycję na arenie międzynarodowej. Pozycję zbudowaną nie na osiągnięciach naukowo-technicznych, gospodarczych czy kulturalnych, lecz na strachu przed militarną siłą tego państwa.

Rosyjska agresja na Gruzję w 2008 roku pokazała światu, że mocarstwo to podnosi się z kolan. Początkowo reakcją był szok, ale już po kilkunastu miesiącach incydent z Gruzją został zapomniany.

Agresja na Ukrainę w 2014 roku to zupełnie inna bajka. Ukraina to duże państwo, aspirujące do integracji z Europą Zachodnią, które do pewnego stopnia było pod złudną ochroną państw Zachodu. Śmiała agresja rosyjska tym razem wywołała strach o bezpieczeństwo całej Europy, a zwłaszcza państw bałtyckich i Polski.

Rosja zaanektowała Krym i oderwała pewną część uprzemysłowionych terenów wschodniej Ukrainy. Powstałe tam dziwaczne twory państwowe – Ługańska Republika Ludowa i Doniecka Republika Ludowa – spowodowały rozmycie wschodnich granic Ukrainy, bo owe nieuznawane przez nikogo państwa formalnie są jej częścią, ale faktycznie nie są.
Agresja Rosji na Ukrainę była dość specyficzna.

Nie było wtargnięcia rosyjskich wojsk, pojawili się natomiast doskonale wyposażeni i uzbrojeni, świetnie zorganizowani i karni tzw. separatyści, chcący oderwania spornych terytoriów od Ukrainy. Wszyscy dobrze wiedzą, że to żadni separatyści, lecz poprzebierane za nich formacje rosyjskich sił specjalnych, ale kto zdoła to udowodnić? Rosja oficjalnie odżegnuje się od ich działań, może więc oficjalnie twierdzić, że nie jest agresorem. Jest to klasyczny przykład nowego sposobu prowadzenia wojny, tzw. wojny hybrydowej.

Wspomniana hybryda to połączenie działań regularnych niektórych jednostek przekazanych do dyspozycji „separatystów” (siły specjalne, formacje przeciwlotnicze, elitarna brygada zmechanizowana z czołgami), działań nieregularnych prowadzonych przez bojówki „prawdziwych” separatystów, wspartych działaniami nieregularnymi (czyli podobnymi do partyzanckich) pozostałej części sił specjalnych, intensywnej kampanii informacyjno-propagandowej oraz działań w cyberprzestrzeni – ataków na sieci komputerowe i kampanii informacyjnej prowadzonej w internecie. Wojna hybrydowa to novum i choć na efekty trzeba poczekać znacznie dłużej niż w przypadku normalnego wtargnięcia wojsk na obce terytorium, to jednak ma jedną niezaprzeczalną zaletę: w jej przypadku granica między wojną a pokojem jest bardzo rozmyta.

Właściwie to nie wiadomo, jak zareagować na taką wojnę-nie wojnę. Rosja jawnie kpi więc z Zachodu, który poza sankcjami ekonomicznymi, z którymi Rosja zapewne się liczyła, nie jest w stanie zrobić wiele więcej.

<!–nextpage–>

Kierunek południe – Bliski Wschód

Dla Rosji Krym z jego bazami morskimi i lotniczymi ma wielkie znaczenie. Dzięki jego aneksji bezdomna dotąd Flota Czarnomorska ma wreszcie własne, pewne zaplecze, ma bazy, stocznie remontowe, składy paliw, amunicji, części zamiennych, koszary dla marynarzy i dla piechoty morskiej, poligony do ich szkolenia. Są też lotniska lotnictwa morskiego, ze słynną jeszcze w czasach ZSRR dużą bazą Saki. A rosyjska obecność militarna na Morzu Czarnym to możliwość projekcji siły na południe, w kierunku Bliskiego Wschodu.

Jak wiadomo, Bliski Wschód ma wielkie znaczenie dla światowej gospodarki. Chodzi oczywiście o złoża ropy naftowej, która dla współczesnego świata jest jak krew dla człowieka. Wiadomo, co się stanie, jeśli człowiekowi wyssiemy krew… Kiedyś Związek Radziecki bardzo dbał o swoich sojuszników w tym rejonie świata. W radzieckiej strefie wpływów była Libia, Syria, Irak, a do końca 1974 roku także Egipt. Wspieranie tych państw w wojnie z Izraelem spowodowało nawet zamknięcie Kanału Sueskiego w latach 1967-1973, czyli na sześć długich lat, a kulminacją tego okresu był gwałtowny wzrost cen ropy naftowej i europejski kryzys paliwowy z połowy lat siedemdziesiątych.

Dziś Rosji pozostał już tylko jeden sojusznik na Bliskim Wschodzie – Syria rządzona przez Baszszara al-Asada. Z tym właśnie zastrzeżeniem: rządzona przez… Tymczasem w Syrii trwa wojna domowa, a główne strony są trzy. Po pierwsze – wspomniany już rząd al-Asada. Po drugie – antyrządowa opozycja, mająca dość autorytarnego reżimu. I po trzecie wreszcie – tzw. Państwo Islamskie, które przejęło kontrolę nad wschodnią Syrią.

Jeśli władzę w Syrii przejmie którakolwiek ze stron poza rządową, Rosja straci ostatniego pewnego sojusznika na Bliskim Wschodzie. Stąd rosyjska interwencja zbrojna w Syrii, operacja wojskowa nie mająca precedensu od czasu rozpadu ZSRR. I w tym momencie pojawia się Turcja, stojąca Rosji kością w gardle, ale i dająca pewną nadzieję na korzystny dla Rosji rozwój wydarzeń.

<!–nextpage–>

Turcja

Turcja stanowi naturalną zaporę na drodze pomiędzy Rosją a Bliskim Wschodem. Nie tylko przegradza połączenia lądowe czy powietrzne, ale kontroluje też cieśniny, przez które Flota Czarnomorska może wyjść na Morze Śródziemne albo powrócić do własnych baz na Krymie. W dodatku Turcja ma potężne i dość sprawne siły zbrojne.

Pod względem liczebności wojska Turcja jest drugim – po Stanach Zjednoczonych – państwem NATO. Wliczając w skład wojska turecką Jandarma, która nie jest żadną żandarmerią, lecz swego rodzaju gwardią narodową, tureckie siły zbrojne liczą prawie 640 tysięcy osób personelu (w tym ok. 50 tys. cywilnych pracowników – przeważnie wojskowych emerytów), zajmując poczesne, ósme miejsce na świecie.

Jeśli chodzi o sprzęt wojsk lądowych, to nie jest on najnowszy, bo na przykład w parku 1540 czołgów są tylko 354 w miarę nowoczesne Leopardy 2A4; pozostałe to Leopardy 1 produkcji niemieckiej i M60, a nawet jeszcze starsze M48 produkcji amerykańskiej. Sprzętu tego jest jednak dużo. Turcja posiada na przykład ponad tysiąc wyrzutni rakiet przeciwpancernych TOW i Milan.

W o wiele lepszym stanie są tureckie siły powietrzne. Jest to niezwykle silna formacja, dysponująca blisko 670 samolotami, w tym 240 nowoczesnymi, dysponującymi znacznymi możliwościami bojowymi F-16C i F-16D. Polska ma ich tylko 48, a i tak stanowią one znaczną siłę odstraszającą, a co dopiero pięć razy tyle? Pozostałe to ponad setka głęboko zmodernizowanych F-4 Phantom i F-5 Tiger II. Dodatkowo Turcja ma własne samoloty wczesnego ostrzegania Boeing 737 AEW&C, własne samoloty tankowania powietrznego i znaczącą flotę blisko 80 samolotów transportowych, w tym kilka najnowszych, wielkich Airbusów A.400M Atlas (docelowo będzie ich 10).

Turcja – nota bene jedyne państwo muzułmańskie w NATO – sprawia też sojuszowi pewne kłopoty. Ideą funkcjonowania Sojuszu Północnoatlantyckiego jest przyjmowanie jedynie demokratycznych państw prawa, z cywilną kontrolą nad wojskiem, czyli z politykiem na czele ministerstwa obrony, tak by wojskowi byli jedynie wykonawcami poleceń politycznych, a nie decydentami. Turcja nie do końca spełnia wspomniane standardy i m.in. z tego powodu wciąż nie może dostać się do Unii Europejskiej.

Wspomnianą zasadę zapisano już w preambule liczącego 14 artykułów traktatu waszyngtońskiego, ale od razu ją złamano, przyjmując do Sojuszu Północnoatlantyckiego Portugalię, rządzoną przez reżim António de Oliveiry Salazara. Portugalia stała się o wiele bardziej demokratyczna dopiero w 1974 roku, nota bene w wyniku wojskowego zamachu stanu, tzw. rewolucji goździków (Revolução dos Cravos).

<!–nextpage–>

Był to jeden z nielicznych puczów wojskowych przywracających funkcjonowanie demokracji, zamiast ją ograniczać – jak to zwykle przy takich okazjach bywa. Dlaczego więc Portugalię przyjęto do NATO już w 1949 roku? Chodziło bowiem o bazy na Azorach, ważne dla panowania na Atlantyku, który w owym czasie był areną gonitw okrętów podwodnych, uzbrojonych w atomowe rakiety balistyczne.

Turcję i Grecję przyjęto do NATO w 1952 roku, w ramach pierwszej fali rozszerzenia składu Sojuszu Północnoatlantyckiego. Żadne z tych państw nie spełniało wysokich wymagań demokratycznych państw Zachodu, ale co tam formalności – Grecja i Turcja odgrodziły Bliski Wschód od państw Układu Warszawskiego. Później oba kraje sprawiły pozostałym członkom nieco kłopotu. W 1967 roku w Grecji doszło do przewrotu wojskowego, w wyniku którego do władzy doszła tzw. junta czarnych pułkowników.

Rządziła ona Grecją do 1974 roku i w tym czasie Grecja na pewno nie była demokratycznym państwem prawa. W dodatku w 1974 roku Grecja wplątała się w wojnę z sojuszniczą (teoretycznie) Turcją o Cypr. Gdyby nie wysiłki dyplomacji pozostałych państw NATO, Grecja z Turcją wzięłyby się prawdopodobnie na serio za łby, ale skończyło się tylko większymi lub mniejszymi potyczkami zbrojnymi i trwającym do dziś napięciem między tymi śródziemnomorskimi sąsiadami.

Takiego szczęścia nie miała na przykład Hiszpania, która tak strategicznego położenia jak Grecja czy Turcja ani baz na środku Atlantyku nie posiadała. Dlatego przyjęto ją do NATO dopiero w 1982 roku, kiedy po śmierci generalissimusa Francisco Franco w Hiszpanii w pełni przywrócono demokratyczne instytucje.

W 1954 roku natomiast kontrowersyjny Nikita Chruszczow wpadł na szatański pomysł i zgłosił do NATO… Związek Radziecki. I wtedy owa zasada o demokratycznym państwie prawa przydała się. Na tej podstawie ZSRR odmówiono; w przeciwnym razie, pozostając w zgodzie z Kartą Narodów Zjednoczonych, do której odwołuje się traktat waszyngtoński, ZSRR przyjąć do NATO by należało. A to byłby dopiero cyrk – Związek Radziecki pełnoprawnym członkiem NATO!

Wówczas organizacja ta straciłaby rację bytu. Gambit nie udał się jednak i Nikicie Siergiejewiczowi grzecznie odmówiono. Dziś to tylko taki polityczny folklor, z gatunku słynnego tłuczenia butami o stół na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w wykonaniu tego samego radzieckiego lidera.

<!–nextpage–>

Nowe kłopoty

Przez cały okres zimnej wojny – mimo różnych perturbacji, których część opisałem powyżej – nikogo z NATO nie wyrzucano ani mu wyrzuceniem nie grożono. Teraz jednak w Niemczech podniosły się głosy, by Turcję członkostwa w NATO pozbawić. Dodajmy: głosy paniczne.

Chodzi o ostre napięcie, jakie panuje w stosunkach rosyjsko-tureckich. A osią sporu jest oczywiście Syria. Turcja aktywnie wspiera w Syrii antyrządową opozycję, a Rosja aktywnie wspiera rząd al-Asada. Turcja chce mieć w Syrii sojusznika, który będzie stanowił strefę buforową oddzielającą ją od tzw. Państwa Islamskiego, zajmującego głównie terytorium środkowego Iraku. Dla Turcji to bardzo ważna kwestia związana z bezpieczeństwem narodowym.

Ale Syria nie może być jednocześnie sojusznikiem Rosji i natowskiej Turcji, więc przeciąganie liny na swoją stronę grozi ostrą bijatyką. Turcja mówi o planach bezpośredniej interwencji militarnej w Syrii, a Rosja mówi o stawaniu w obronie swoich sojuszników. Oba państwa są śmiertelnie poważne i mocno zdeterminowane. Zapachniało wojną. Turcja śmiało się Rosji stawia, bo wie, że za nią stoi całe NATO, w tym potężne Stany Zjednoczone, mające w Turcji największy w Europie (jeśli zaliczyć Turcję do Europy, choć to kraj w ogromnej większości azjatycki) skład głowic atomowych w Incirlik.

Co prawda Turcja nie przepuściła wojsk amerykańskich do Iraku w 2003 roku, przez co Amerykanie musieli modyfikować plany inwazji na ten kraj dosłownie w ostatniej chwili, ryzykując powodzenie całej operacji, ale Stany Zjednoczone nie obraziły się na Turcję. USA rozumieją znaczenie położenia Turcji dla bezpieczeństwa nie tylko Europy, ale wręcz całego Zachodu.

A Niemcy się przestraszyli. Osobiście uważam, że Niemcy to obecnie dość słabe ogniwo w NATO. Panicznie boją się konfrontacji z Rosją, są gotowi pójść wobec Putina na znaczne ustępstwa, by tylko ocalić własne terytorium. Chyba wciąż są tam żywe traumatyczne przeżycia związane z wkroczenia Armii Czerwonej na terytorium III Rzeszy, czyli Niemiec. W każdym razie nie są to rozsądne głosy.

<!–nextpage–>

Co by było gdyby?

Oddanie Turcji na pastwę Rosji byłoby straszliwym błędem. Moskwa wymusiłaby na Ankarze znaczne ustępstwa i kto wie, czy Turcja z całym swoim arsenałem nie wpadłaby w rosyjską strefę wpływów. W końcu w polityce nie ma sentymentów – trzyma się z tym, kto da więcej. Turcja nie miałaby innego wyjścia.

A wówczas rosyjskie bazy na Krymie bardzo zyskałyby na znaczeniu. Możliwość swobodnego wyjścia na Morze Śródziemne, możliwość wysłania wojsk na Bliski Wschód, mogłaby zmienić układ sił na tym terytorium. Być może nie tylko Syria stałaby się wiernym sojusznikiem Rosji. Irak już ciąży ku Putinowi, kupując na przykład uzbrojenie w Rosji, nota bene za amerykańskie pieniądze, które Amerykanie wyłożyli na odbudowę armii irackiej. Jest to dla nich o tyle ważne, że rządowe wojska irackie walczą z Państwem Islamskim, a w tym zbożnym celu Amerykanie i z samym diabłem się sprzymierzą.

Rosja gra na wyrwanie Turcji z NATO. Zaostrzając napięcie między oboma krajami i strasząc Europę na przemian. Dla Rosji usunięcie Turcji z Sojuszu Północnoatlantyckiego byłoby wielkim prezentem. A kto wie, czy w sprzyjającym momencie Rosja nie rozpocznie kolejnej wojny hybrydowej, tym razem przeciwko Turcji? I ciekawe, co zrobią wówczas państwa NATO. Mam nadzieję, że nie będziemy jednak świadkami aż tak czarnego scenariusza. No cóż, nadzieja piękna rzecz…

Autor: Michał Fiszer