Genocidium atrox

Wspomniałem, że zdarzenia wołyńskie mają charakter ludobójstwa. Było to jednak ludobójstwo specyficzne, określane jako ludobójstwo straszliwe (łac. genocidium atrox). Metody ukraińskie były bowiem wyjątkowo bestialskie, nawet w porównaniu z metodami nazistowskimi i sowieckimi. Rzadko używano broni palnej (mimo jej posiadania!), powszechne było natomiast mordowanie przy użyciu noży, siekier, pił, cepów, sierpów, młotów, wideł, maczug i metalowych prętów. Morderczy amok, w jakim działali Ukraińcy, jeszcze dziś mrozi krew w żyłach, gdy czyta się relacje ocalałych świadków.

„W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok. Wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca. Na parkanie był napis: Litak Sikorskoho [»Samolot Sikorskiego«]. Przed progiem domu leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet, okrutnie porąbanych siekierą” – wspominał po roku Jerzy Krasowski (ps. „Lech”), żołnierz AK. Mordowani byli wszyscy Polacy, bez względu na wiek, płeć i pochodzenie. Każdy „Lach” miał być „rzezany”. „Nad ranem znalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę tak, że morderca pozostawił w niej siekierę.

Najmłodszy z braci, Edzio – lat 2 – leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym nożem w piersi. Obok leżał 16-letni brat Bronek. (…) Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa. Nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej” – relacjonował tragedię własnej rodziny cudem ocalały Michał Wojczyszyn. Bronisława Drozda wspominała natomiast bestialskie zamordowanie własnego ojca przez UPA, którego „oprawcy przywiązali linką do konia i pociągnęli po kamienistej drodze pod wieś Przywłoka. Tam po odwiązaniu obciążyli kamieniami i półmartwego wrzucili do rzeki Strypy”.

To tylko jedna z bestialskich metod stosowanych przez Ukraińców. Polaków przecinano na pół piłami do drewna, topiono w studniach, wycinano genitalia i wsadzano do ust, kobietom obcinano piersi i wbijano rozmaite przedmioty w krocze. Tym będącym w ciąży rozcinano brzuchy, często gdy jeszcze żyły. Dzieci były nabijane na widły i sztachety płotów, powszechne było przybijanie ich do drzwi i stołów. Broń służącą do mordowania Polaków święcili w cerkwiach prawosławni duchowni…

Piekło na ziemi

To, co działo się na Wołyniu w 1943 roku, przypominało piekło na ziemi. Latem, gdy miała miejsce największa aktywność band UPA, bezpiecznie było wyłącznie w miastach, które kontrolowali Niemcy. Cały Wołyń nocą płonął, a w dzień pokryty był mrocznym, gęstym dymem wydobywającym się ze zgliszcz, w które nocą obrócono polskie wsie. Krzyki mordowanych Polaków przerywały jedynie śmiechy i krwawe pieśni oprawców, którzy brudni od prochu, dymu i zakrzepłej krwi wyglądali jak wyjęci z samego dna piekielnego kotła.

Wśród nich jedynie cześć stanowili członkowie OUN i UPA. Pozostali to sąsiedzi, zwykli chłopi, którzy podburzeni przez nacjonalistów, pędzeni rządzą rabunku bestialsko wyrżnęli mieszkających tuż obok Polaków. Nierzadko przyjaciel zarzynał przyjaciela, teść zięcia, a wnuczek dziadka. Dlaczego do tego doszło? Jak to się stało? Nie da się w sposób przekonywający odpowiedzieć na te pytania. To, co się wydarzyło, po prostu nie mieści się w głowie. Nawet zwierzęta nie są tak okrutne.

Niemieckie władze okupacyjne zupełnie nie mogły sobie poradzić z sytuacją. Po pierwsze – nie dysponowały odpowiednimi środkami, po drugie – nie bardzo chciały się mieszać w jakiś obcy konflikt. Najbardziej nawaliła jednak polska konspiracja niepodległościowa. O ile Narodowe Siły Zbrojne nie dysponowały na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej żadnymi strukturami, które mogłyby zorganizować oddziały do walki z UPA, to Armia Krajowa jak najbardziej takie struktury posiadała. Miała wszelkie możliwości działania. Mimo to nie zadziałała, co jest chyba najczarniejszą, najsmutniejszą kartą w jej historii.