Dopiero w styczniu 1944 roku, a więc już po całym roku mordów, powstała 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK. Powstała oczywiście nie po to, by chronić Polaków przed bandami UPA, ale by pomagać Sowietom w opanowaniu ziem polskich w ramach Akcji „Burza”… Przykro się o tym pisze, ale Komenda Główna AK zareagowała niewłaściwie. Nie zorganizowano żadnych oddziałów do walki z UPA, mimo że apele o to słały lokalne struktury AK już od wiosny 1943 roku. Broni też początkowo nie przysłano, mimo że magazyny powstańcze pozostały nietknięte. Gdy KG AK zaczęła wreszcie reagować, był już rok 1944. UPA rozpoczęła czystki w Małopolsce Wschodniej, a Polacy zamieszkujący te ziemie, jak i Wołyń, zdążyli się już zorganizować. Kto im pomógł? Niemcy…

Już na początku 1943 roku powstawały samoistnie pierwsze oddziały lokalnej samoobrony. Były one jednak nieliczne i nie posiadały wystarczającej ilości broni. Wiosną tegoż roku samoobronę zaczął organizować okręg wołyński AK, jednak ze względu na niedostateczne wsparcie z centrali nadal były to środki niewystarczające. Mimo że w walce z UPA pomagała Polakom… sowiecka partyzantka! Dopiero niemiecka pomoc w sprzęcie zmieniła sytuację w terenie.

Ukraińcy w latach 1942-1944 zamordowali na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej do 100 tys. Polaków (stanowiących olbrzymią większość ofiar), ale także Żydów i przedstawicieli innych narodowości. W wyniku polskiej kontrakcji, często mającej niestety charakter zemsty, śmierć poniosło natomiast ok. 3-4 tys. Ukraińców.

„Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzech położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przerzynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła: – Wacek, uciekaj! Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców, którzy przerzynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki. Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich, Iwan Rybczuk, żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przerzynał matkę piłą. Po wojnie wpadł w łapy NKWD i odsiedział w łagrze 15 lat. Teraz jest kombatantem i chodzi w aurze bohatera walczącego o wolność Ukrainy. Ma pewnie wiele odznaczeń i dodatek kombatancki” – relacjonował Wacław Gąsiorowski. Gdy Ukraińcy zamordowali mu rodzinę, miał 14 lat. Potem walczył w lokalnej samoobronie i w szeregach Armii Krajowej.

Banderyzm

To jest największy problem, jaki mamy z Wołyniem. Nadal zbrodnia ukraińska pozostaje zapomniana, przemilczana i nierozliczona. Mordercy z UPA żyją na Ukrainie jak bohaterowie. Banderze i innym zbrodniarzom stawia się pomniki, ich imieniem nazywa się place, ulice, szkoły, przedszkola… Ideologia banderowska staje się coraz bardziej popularna. Negowanie ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest praktyką powszechną. Nawet ichniejszy IPN mówi o wzajemnych zbrodniach, mających ten sam rozmiar. Niektóre partie parlamentarne żądają nawet od Polski „zwrotu zagrabionej” Rzeszowszczyzny, Roztocza, Podlasia i części Białostocczyzny.

Wszystko to dzieje się przy wsparciu władz Ukrainy. Jaka jest reakcja Polski? Żadna. Bez względu na to, kto rządzi. Lech Kaczyński bez chwili zawahania wspierał Juszczenkę. Tego samego Juszczenkę, który ogłosił Banderę Bohaterem Ukrainy… W tym roku PiS toczyło w Sejmie zażarte boje, by z uchwały upamiętniającej ofiary rzezi wołyńskiej usunąć termin „ludobójstwo”. Dlaczego? Bo tego zażyczyła sobie strona ukraińska… Niech Państwo sobie wyobrażą, że Rosjanie zareagowaliby tak na analogiczną uchwałę dotyczącą Katynia. Polski Rząd jeszcze chętniej by im wtedy przed twarzą wymachiwał papierem z napisem „ludobójstwo”. Obecny stosunek do Ukrainy byłby zrozumiały, gdyby prawdę o Wołyniu należało przemilczeć przez pewien czas w imię polskiej racji stanu.

Tak jednak nie jest. To Ukraina musi obecnie zabiegać o przyjaźń z Polską, a nie Polska z Ukrainą. W interesie Polski na pewno nie jest także wspieranie rozwoju banderyzmu, co niestety polski rząd czyni. Jego słabość w sprawie wołyńskiej implikuje coraz większą bezczelność Ukraińców. Już nie tylko kwestionują polską granicę i lżą naszym bohaterom, kryjąc się za własną granicą, ale atakują Polaków nawet na terytorium RP. W czerwcu tego roku na demonstracji w Przemyślu banderowcy wykrzykiwali, że „jeszcze Polska nie zginęła, ale zginąć musi”.

Regularnie atakowane są polskie konferencje naukowe i wykopaliska ekshumacyjne. Oblewanie farbą pomników i grobów polskich bohaterów już przestało robić wrażenie… Jeżeli w wyniku polskiej słabości do władzy na Ukrainie dojdą ideowi spadkobiercy OUN-UPA albo choć część ich programu będzie realizował jakiś inny ukraiński rząd, będzie to dla Polski kompromitacja i katastrofa – na własne życzenie.

Banderyzm jest popularny na Ukrainie szczególnie wśród młodych, którzy nadal szukają jakiegoś punktu zaczepienia pozwalającego na samoidentyfikację. Polacy muszą dać wyraźny sygnał, że banderowcy to zbrodniarze, że to, co zrobili w latach 1942-1944, było ludobójstwem. Młodzi Ukraińcy muszą zrozumieć, że z Banderą pod rękę do Europy nie da się wejść. Nie te standardy.