Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Christian Ganzer

Autor: Sławomir Suchodolski

Pora zejść z sanacyjnego Olimpu – bo do tej pory zajmowaliśmy się przypadkami obrazy Józefa Piłsudskiego i Ignacego Mościckiego – na… no, może nie na zupełne niziny władzy, ale, powiedzmy, na takie sobie wyżyny. Mowa będzie o zniewadze dr. Józefa Świątkiewicza, starosty wysokomazowieckiego, przez adwokata i agronoma Mariana Jursza. Choć proces odbył się w 1938 roku, to początki afery sięgają roku 1936.

Właśnie wtedy miejscowe struktury Stronnictwa Narodowego przystąpiły do akcji bojkotu żydowskiego handlu. Jako że akcja przynosiła pożądane efekty (coraz mniej sklepów w rękach kupców żydowskich, coraz więcej w rękach polskich, chrześcijańskich), starosta Świątkiewicz, działający w myśl zasady: „każdy sukces endecji jest sprzeczny z polską racją stanu, gdyż tę reprezentuje tylko sanacja”, doprowadził do wysłania 20 grudnia 1936 roku dwóch działaczy SN z Czyżewa do obozu w Berezie Kartuskiej – dzierżawcy majątku Dominików, Albina Organińskiego, oraz Mariana Jursza.

Świątkiewicz zarzucił im wywoływanie niepokojów, napięć i animozji narodowościowych. Sprawa była na tyle szyta grubymi nićmi, że jeden z sanacyjnych posłów, Włodzimierz Szczepański, stanął w obronie niesłusznie – jego zdaniem – szykanowanych działaczy SN. Oczywiście interpelację posła Szczepańskiego premier i minister spraw wewnętrznych, generał Felicjan Sławoj Składkowski, zupełnie zignorował. Zesłanie dwóch narodowców wcale nie uspokoiło sytuacji, tak jak przewidywał Świątkiewicz; wręcz przeciwnie – na początku stycznia 1937 roku w Czyżewie podczas jarmarku doszło do krwawych rozruchów.

Odpowiedzią na nie były kolejne zesłania narodowców do Berezy. Po sześciu tygodniach z obozu powrócili wychudzeni i ostrzyżeni „na zapałkę” Organiński i Jursz. Szczególnie boleśnie okres zesłania (bicia i upokorzeń w obozie) odczuł ten drugi, ponieważ niesprawiedliwą decyzją Świątkiewicza został w przeddzień świąt Bożego Narodzenia brutalnie oderwany od rodziny (żony i dwójki małych dzieci).

Po roku historia dopisała ciąg dalszy tej afery. Marian Jursz (awansował w międzyczasie na stanowisko prezesa SN w swoim okręgu), już jako radny, 15 lutego 1938 roku spóźnił się na posiedzenie Sejmiku Powiatowego w Wysokiem Mazowieckiem. Uczynił to z premedytacją; wiedział, że starosta Świątkiewicz hołduje zwyczajowi witania się przed obradami ze wszystkimi radnymi. Traf chciał, iż tym razem Świątkiewicz także się spóźnił i przybył na posiedzenie, kiedy już Jursz znajdował się na sali obrad. Gdy starosta podszedł do niego z wyciągniętą ręką, ten wymówił słowa powitania, ukłonił się, lecz podania ręki odmówił, tak więc prawica dygnitarza zawisła w powietrzu.

Obóz sanacji uznał postępek Jursza za przestępstwo zniewagi urzędnika podczas pełnienia obowiązków służbowych (artykuł 132 kodeksu karnego; czyn zagrożony karą więzienia do lat dwóch) i 18 czerwca w Wysokiem Mazowieckiem przed Sądem Grodzkim odbył się jego proces, na który przybył specjalnie delegowany prokurator Sądu Okręgowego w Łomży.

Oskarżony nie przyznał się do winy, po czym potwierdził, iż rzeczywiście nie podał ręki staroście, i wyjaśnił motywy swojego postępowania: „Dopuściłem się tego pod wpływem uczuć wywołanych pobytem w miejscu odosobnienia w Berezie Kartuskiej, dokąd wysłany zostałem wskutek zarządzenia starosty Świątkiewicza, oraz niewłaściwego ustosunkowania się tegoż starosty do mnie jako prezesa powiatowego zarządu Stronnictwa Narodowego oraz do moich kolegów z tejże organizacji”.

Sędzia czuwający nad przebiegiem rozprawy znalazł się pomiędzy Scyllą sanacji a Charybdą opinii publicznej. Bojąc się gniewu czynników rządowych (gdyby uniewinnił Jursza), ale też obawiając się pogardy opinii publicznej (gdyby skazał go na karę bezwzględnego pozbawienia wolności), zdecydował się na następujące rozwiązanie: stwierdziwszy, że Świątkiewicz, podając rękę Jurszowi, „nie działał w zakresie swych obowiązków służbowych”, skazał Jursza na miesiąc aresztu z zawieszeniem wykonania kary na trzy lata – uczynił to nie z artykułu 132 kodeksu karnego, tylko z artykułu 256 („obraza godności osobistej” – czyn zagrożony karą aresztu do jednego roku lub karą grzywny).

Mimo iż w uzasadnieniu wyroku, obejmującym aż pięć stron maszynopisu, padło wiele pozytywnych określeń charakteryzujących mecenasa Jursza (m.in. „człowiek o nieprzeciętnym charakterze”), mimo wyraźnej empatii sędziego wobec oskarżonego i mimo łagodnej kary, Marian Jursz wniósł skargę apelacyjną o całkowite uniewinnienie, dowodząc zarówno braku tzw. przesłanki procesowej, jak i braku cech obrazy w swoim czynie. Niestety, ze względu na niemożność dotarcia do odpowiednich źródeł, nie wiem, czy do procesu doszło, a jeśli tak, to jaki wyrok w nim zapadł.

Oryginalny tytuł artykułu: Sanacja się obraża cz.2